środa, maja 30, 2007

Śródziemnomorski dip bakłażanowy

Raz w tygodniu zdarza mi się być samej w domu w porze obiadowej. I jak się pewnie domyślacie zupełnie mi się nie chce tylko dla siebie gotować, ani nic szczególnego przygotowywać. Z drugiej strony wiem, że jeśli niczego "konkretnego" nie zjem skończy się to na podjadaniu słodyczy. To wstyd, ale taka jest prawda. Oj ciężki jest los łakomczucha.... :( Staram się więc iść za głosem rozsądku i jednak coś ekspresowego zrobić. Zwykle jest to sałatka, albo kanapki z dobrym razowcem, jakimś smarowidełkiem i pomidorem. Jednak ostatnio zaczęło mnie to menu nieco nużyć.

Na szczęście znalazłam inspirację w najczęściej chyba w tym blogu cytowanej książce "Armenian Table" i na fali fascynacją kuchniami Bliskiego Wschodu zrobiłam sobie dip bakłażanowy. Teraz właśnie pisząc, podjadam go zagryzając arabskim chlebkiem. Jak zwykle przepis różni się nieco od oryginału, ale zmiany tym razem są niewielkie -lekko dostosowałam ilość ziół i przypraw do własnego podniebienia.Przepis nie jest, na co by wskazywał tytuł książki oryginalnie armeński. Autorka wspomina, że dostała go od przyjaciółki mieszkającej w Grecji. Moim zdaniem wpisuje się ta receptura w szeroko pojętą tradycję kuchni śródziemnomorskiej. Można nawet powiedzieć, że jest ten dip bliskim kuzynem słynnego lewantyńskiego "baba ganoush".

Śródziemnomorski dip bakłażanowy

1 duży bakłażan lub 2 mniejsze (w sumie ok. 700g)
1/2 cebuli drobno posiekanej i zeszklonej na 1 łyżeczce oliwy
2 duże ząbki czosnku przepuszczone przez praskę
1 pomidor, bez skórki, pozbawiony nasion i pokrojony w kostkę
2 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki
1 łyżka drobno posiekanych listków świeżej mięty
1 łyżeczka posiekanych listków świeżego oregano (lub 1/2 łyżeczki suszonego)
1/2 łyżeczki musztardy Dijon
1 i 1/2 łyżki octu z czerwonego wina
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny
4 łyżki oliwy extra virgin
sól i pieprz do smaku

W nagrzanym do 220ºC piekarniku opiekamy ze wszystkich stron bakłażany (wcześniej nakłuwamy każdy jeden raz widelcem), aż będą miały zmarszczoną skórkę i zapadną się nieco (trwa to zwykle ok. 50 min).Wyjmujemy, pozwalamy im lekko ostygnąć, obieramy ze skóry i siekamy miękki miąższ. Do bakłażanów dodajemy pozostałe składniki i dobrze mieszamy. Pozostawiamy na 1/2 godz., żeby smaki się przegryzły. Można przechowywać w lodówce do 3 dni. Podajemy z chlebem pita lub lavash. Sprawdzi się tu zresztą prawie każde płaskie pieczywo ze Wschodu, a i bagietka nie będzie wielką herezją.

niedziela, maja 27, 2007

Czekoladowe cookies z okruchami białej czekolady


Strasznie za mną chodziły od kilku dni takie dobre amerykańskie, bardzo czekoladowe cookies. Przyczyna głodu czekoladowego jest prosta. Postanowiłam na jakiś czas odstawić ze swojego jadłospisu słodycze. A że stanowiły one niestety tego jadłospisu pokaźną część to teraz bardzo cierpię.

Że też nie wymyślono jakiegoś mniej uciążliwego sposobu na schudnięcie. Hmmm, przypomniało mi się, że chyba jednak ktoś wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł .... ;)


Na szczęście, przy okazji dietetycznych postanowień i ograniczeń, przypomniałam sobie, że muszę nieodzownie zrobić jeden wyjątek. Dla dobra czytelników mojego blogu. Przecież nie mogę być gołosowna polecając tu jakieś słodycze prawda? A tak by było gdybym je piekła i ich nie próbowała...Nadal słusznie i logicznie rozumuję, nieprawdaż? A więc muszę symboliczny okruszek każdego ciasta zjeść... I jakoś dziwnie ostatnio, cóż za zbieg okoliczności, mam niezwykłą ochotę na pieczenie ciast i ciasteczek. :)

Najpierw masochistycznie oglądam książki z wypiekami. Dzisiaj padło na "The Cookie Bible" amerykańskie tomiszcze z ciastkami wszelkiej maści. Wybrałam z nich, zgodnie ze swoją zachcianką, chocolate chip cookies. Dobrych przepisów na te ciasta są oczywiście setki. W tym ciekawy jest kontrast między gorzką czekoladą w cieście i dodanymi na koniec okruszkami białej. Szcególnie dobrym pomysłem jest moim zdaniem dodanie brązowego cukru - ciastka mają dzięki niemu karmelowo-maślaną nutę.

Tak jak sobie obiecałam zjadłam jedynie... no może nie okruszek, ale jedno ciasteczko. A wierzcie mi, że miałam ochotę na więcej.... Ale przynajmniej z czystym sumieniem wobec moich czytelników mogę te ciastka reklamować. :)

Czekoladowe cookies z okruchami białej czekolady

ok. 40sztuk

2 szkl (300g) mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

175g miękkiego masła

250g ciemnobrązowego cukru (ok. 1 i 1/4 szkl ściśle upakowanego)

2 jajka

1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

100g gorzkiej czarnej czekolady, roztopionej i lekko ostudzonej

300g białej czekolady posiekanej na nieduże kawałeczki

1 szkl posiekanych orzechów włoskich (opcjonalnie)


Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Mieszamy w misce mąkę z solą i proszkiem do pieczenia. Roztapiamy czekoladę (najwygodniej na niskiej mocy w mikrofalówce). Miksujemy na gładki krem masło z cukrem, dodajemy lekko przestudzoną czekoladę, a następnie jajka i wanilię. Teraz stopniowo dosypujemy mąkę nadal miskując, ale na niższych obrotach. Na koniec wsypujemy kawałki białej czekolady i orzechy i równomiernie rozprowadzamy w masie.


Nakładamy na blaszki wyłożone papierem do pieczenia kopczyki ciasta (ok. 1 kopiastej łyżki stołowej na ciasto, ja robię to małą gałkownicą do lodów), zostawiając odstępy pomiędzy nimi. Na mojej blaszce od piekarnika mieści się ok. 16 sztuk. Pieczemy przez ok. 10-12 min. Wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy na blaszce przez minutę. Następnie zsuwamy papier z ciastkami na blat i podważając szpatułką zdejmujemy ciastka i studzimy na kratce.

środa, maja 23, 2007

Wiosenny makaron ze szparagami

Od kiedy odkryłam zielone szparagi, stały się one częstym gościem na naszym stole. Białe oczywiście też jadamy, ale raczej tylko w sezonie. Zielone są tu w zasadzie przez cały rok i mają tę zaletę, że wiele kucharzowi wybaczają. Pomocnym odkryciem w przygotowaniu szparagów była też rzucona kiedyś uwaga Puchatka (bywalca forum CinCin), że najlepszą metodą na oddzielenie najlepszych, zdatnych do gotowania części szparaga, jest chwycenie go za końce i delikatne zgięcie. Szaprag złamie się dokładnie we właściwym miejscu. Ja przyznam się, że żal mi pozbywać się tych niby nieprzydatnych kawałków. Zwykle z dużym powodzeniem wykorzystuję je do zup.

Dzisiejsze danie jest od początku do końca nasza wspólną rodzinną kreacja kulinarną. Może powinniśmy pomyśleć o prawach autorskich :), w dzisiejszym świecie nigdy nic nie wiadomo, lepiej być zapobiegliwym. Przepis jest z gatunku ewoluujących i każdy do niego dodawał coś od siebie. Lukasz chciał paski papryki, Maciej upominał się o parmezan i tak powoli doszliśmy do naszego ulubionego wiosennego makaronu. Szparagów się w tym przepisie nie gotuje, jedynie króciutko obsmaża. Potrawa jest błyskawiczna i należy do kanonu dań na wtorek i czwartek, czyli dni moich późnych powrotów z pracy. Dedykuję ją wszystkim zabieganym paniom domu.

Wiosenny makaron ze szparagami

400-500g makaronu
4 łyżki masła
300g świeżych zielonych szparagów (mniej więcej 2/3 górne gałązki)
3/4 szkl czarnych oliwek bez pestek pokrojonych w plasterki
1 czerwona papryka bez skóry ( raczej nie marynowana - lepsza jest opieczona w piekarniku )
200g pomidorków koktajlowych pokrojonych na połówki
1 zmiażdżony ząbek czosnku
2 łyżki soku z cytryny świeżo wyciśniętego
1/2 szkl parmezanu startego na płatki
sól i pieprz do smaku

Szparagom odłamać główki, resztę gałązek szparagów pokroić na 3-4cm kawałki. Ugotować makaron al dente. W czasie, gdy makaron się gotuje stopić masło na małym ogniu na dużej patelni. Dodać szparagi i czosnek, krótko obsmażyć (ok. 5 min). Zmniejszyć ogień na minimum i dodać pokrojoną w paski paprykę, oliwki, pomidorki, sok cytrynowy, zostawić na 1 min na ogniu. Makaron odsączyć, wrzucić na patelnię z warzywami, dobrze wymieszać. Doprawić solą i pieprzem, przed podaniem obficie posypać parmezanem.

niedziela, maja 20, 2007

Orzeźwiająca sałatka z czerwonym grejpfrutem i zielonymi oliwkami


Smak gorzki jest chyba najtrudniejszy do dozowania w kuchni i akceptowany przez biesiadników z największymi oporami. Sama niespecjalnie lubię np. radicchio, jeśli już to używam go w celach bardziej ozdobnych (dla dodania koloru), niż konsumpcyjnych. Jeśli jednak lekką goryczkę przełamiemy odrobiną słodyczy i kwaśnego smaku, doznania smakowe zaczynają być o niebo bardziej interesujące i całkiem możliwe do przyswojenia. Pomyślcie o grejpfrucie - tu już sama natura wpadła na pomysł, że gorzki, słodki i kwaśny to wirtuozerskie trio. :)

Moja dzisiejsza sałatka, inspirowana przepisem z książki Donny Hay "Marie Claire: Cooking" , zawiera 3 składniki z małą dawką przyjemnej goryczki: grejpfruta, oliwki i rukolę. Ta ostatnia jest już moim autorskim pomysłem, bo pani Hay używa rukwi wodnej. My jej w tutejszym klimacie raczej unikamy na surowo, z wiadomych względów (przynajmniej w tutejszym klimacie ryzyko wprowadzenia do własnego przewodu pokarmowego różnych niepożądanych żyjątek jest dość spore). Wszystko to przełamane kwaskowym smakiem grejpfruta i odrobiną soku z cytryny i oczywiście melasą z granatów.

Tu konieczna jest mała dygresja o tej melasie. Jest to produkt bliskowschodni, charakterystyczny między innymi dla kuchni tureckiej i ormiańskiej. Ja dowiedziałam się o jego istnieniu z książki "The Armenian Table" i od tej pory bezskutecznie go poszukiwałam. W końcu wpadłam na pomysł, że mogę tę melasę sama wyprodukować w mojej domowej kuchennej manufakturze. Granatów tu w końcu jesienią nie brakuje.

Po teoretycznym przygotowaniu z pomocą Googla, przystąpiłam do działania. Instrukcje są przeróżne, bo problemem jest uzyskanie soku z granatów, w taki sposób, aby nie miał goryczki (ach, znów ta wszędobylska goryczka). Z tej przyczyny nie poleca się miksowania nasion. Niektórzy z dużą dozą samozaparcia wyciskają sok przez gazę, inni lekceważąc przestrogi wrzucają miąższ do blendera. Ja znalazłam sposób prosty i moim zdaniem skuteczny. Zasypałam ziarenka granatu cukrem, pozwoliłam im się macerować przez noc i już na następny dzień pływały w dużej ilości intensywnie czerwonego soku. Teraz już tylko pozostało mi cierpliwie podgrzewać go, aż do uzyskania gęstej ciemno-bordowej pięknie pachnącej melasy.

Na drugi dzień po wyprodukowaniu dwóch słoiczków tego delikatesu znalazłam go na półce w supermarkecie. Sprzedawczyni z radością oznajmiła mi, że właśnie mają w ofercie od wczoraj ten nowy i egzotyczny produkt. :) No cóż, pozostaje mi satysfakcja, że moja melasa też się pięknie udała i nie ustępuje w niczym tej tureckiej (bo oczywiście kupiłam dla porównania z oryginałem).

Sałatka z czerwonym grejpfrutem i zielonymi oliwkami

1 szkl zielonych oliwek bez pestek
2 czerwone grejpfruty z wyfiletowanym miąższem
3 łyżki posiekanej natki pietruszki

3 szkl rukoli i roszponki (lub rukwi wodnej)

1/2 szkl zrumienionych na suchej patelni orzechów laskowych

1 awokado pokrojone w półplasterki


Sos:

1 łyżka melasy z granatów

1 łyżeczka soku z cytryny

2 łyżki oliwy extra virgin

grubo zmielony czarny pieprz


Układamy składniki sałatki na indywidualnych talerzach. Mieszamy ze sobą składniki sosu (gdyby melasa była zbyt gęsta lekko ją podgrzewamy z sokiem cytrynowym w mikrofali). Polewamy sałatkę sosem.

środa, maja 16, 2007

Europejski Festiwal Chleba

To już trochę stare dzieje, bo festiwal odbył się już w zeszłym miesiącu. Ja oczywiście, jak usłyszałam o nim w radio, natychmiast zarezerwowałam sobie czas w weekend, żeby nie przegapić takiej okazji. Impreza odbywała się w słoneczny kwietniowy dzień w Palacio Cristal, rzut beretem od naszego domu, tak że po odstawieniu Lukasza na żagle wybraliśmy się tam spacerkiem. Dotrzeć nie było trudno, można było w zasadzie iść z zamkniętymi oczami, prowadził nas zapach świeżo pieczonego chleba. Na miejscu oczywiście tłum ludzi.

Zacznę może od kilku rozczarowań. Otóż reprezentowanych było jedynie 9 krajów: Hiszpania, Francja, Luksemburg, Szwajcaria, Słowenia, Włochy, Holandia, Irlandia i oczywiście gospodarze. Najbardziej, jak się można domyślać brakowało mi piekarzy z Polski. Ale cóż, może z czasem się pojawią, bo festiwale mają się ponoć powtarzać. Drugim zdziwieniem była przytłaczająca przewaga bułek i słodkich wypieków nad normalnymi bochenkami chleba.

A teraz bardziej pozytywne spostrzeżenia. Bardzo mi się podobała możliwość podpatrywania piekarzy przy pracy. Na naszych oczach formowali bagietki, zwijali croissanty i wykrajali scones. Najważniejsze, że wszystkie świeżutkie wypieki można było kupić, a później już jak kto woli - delektować się nimi w festiwalowej kawiarni lub we własnym domu. My wybraliśmy oczywiście tę drugą opcję, bo przecież ja przed konsumpcją musiałam uwiecznić wszystko na zdjęciach dla potrzeb blogu. Teraz parę słów o poszczególnych stoiskach.
Francja:
Francuzi, jak to Francuzi pokazali klasykę, ale oprócz bagietek, było to bardziej w kierunku "pâtisserie" niż "boulangerie". Doskonałością były nieduże, lekkie i chrupiące croissants. O takie bardzo trudno w Portugalii, gdzie pod tym pojęciem rozumieją zazwyczaj drożdżową słodką i wściekle żółtą bułę z lepką i przezroczystą polewą na wierzchu. Dużo było też tarteletek z takiego "croissantowego" ciasta, obłożonych kremem budyniowym czy owocami. Wniosek jest jeden - Francuzi pokazali głównie pieczywo śniadaniowe i smakołyki z cukierni. Mimo bardzo dobrej jakości wypieków, brakowało mi niezmiernie możliwości degustacji np. takiego pain au levain czy pain de campagne.

Szwajcaria:
Tutaj też głównie na słodko, ale że dla mnie Szwajcaria to pod kątem drożdżowych wypieków terra incognita, to byłam zaciekawiona. Najsmaczniejsze były sfotografowane poniżej maślane bułeczki - pierwsza z masą marcepanową, a druga z orzechami i kawałkami toffi.


Luksemburg:
Zupełnie nieoczekiwanie maleńki Luksemburg zdobył u mnie palmę pierwszeństwa na tej imprezie. A patrząc jak znikało tam wszystko ze stoiska (chciałoby się napisać, że jak przysłowiowe świeże bułeczki ;) ) nie byłam chyba osamotniona w mojej opinii. Dużo widziało się pieczywa w stylu francuskim, co raczej nie dziwi, ale absolutnym hitem była moim zdaniem drożdżówka o nazwie schuedi (na zdjęciu poniżej). Miała mięciutkie i puchate ciasto i trzy dołki na wierzchu, na których spodzie była odrobina jakiegoś ni to kremu, ni to sosu (w typie budyniowym, ale z delikatnie słonawą nutką - może było tam wszędobylskie na zachodzie Europy solone masło ?). Na okoliczność tej drożdżówki godzinami przeszukiwałam później cały net. Owszem znalazłam potwierdzenie jej istnienia, ale nikt jak sieć długa i szeroka nie zająknął się o przepisie. Pozostaje chyba jechać do Luksemburga i zaprzyjaźnić się z jakimś piekarzem. Królestwo za schuedi !!!

Irlandia:
Irlandczycy zaproponowali, obok Francuzów i Włochów, chyba najszerszy wachlarz wypieków. I nie brakowało w zasadzie niczego co się z irlandzką piekarnią powszechnie kojarzy, na czele oczywiście z soda bread. Mieli też wyśmienite scones, z którymi natychmiast po powrocie do domu urządziliśmy sobie małe 5 o'clock tea.


Holandia:
Tu też nie wypatrzyłam ani jednego wytrawnego chleba, same słodkości. Zwłaszcza królowały różnego rodzaju zawijańce - z czekoladą, kremem budyniowym i rodzynkami.


Słowenia:
U Słoweńców pieczywo było głównie białe, ale za to zawsze z jakimś ciekawym dodatkiem - a to ser, a to orzechy, nie brakowało też siemienia lnianego. Te posypane sezamem bułeczki na ostatnim planie miały spory dodatek mąki kukurydzianej i przyznam szczerze, że był to jeden z lepszych wypieków z tą mąką jakie jadłam.


Włochy:
Włosi pokazali oczywiście pizze, focaccie, dużo słodyczy w tym biscotti i pączki (hmmm, .... bez nadzienia; najbardziej podobała mi się ich włoska nazwa - "bomboloni" ;) ). Pokazane wypieki były smaczne, ale gdzie się podziały te sztandarowe i klasyczne dzieła włoskich piekarzy - chleb toskański, pane di Altamura, pane carasau z Sardynii....


Portugalia:
Nie można pominąć oczywiście gospodarzy. Było wszystko czym dobra portugalska piekarnia może się poszczycić - uwielbiane powszechnie bułki pão d'avo, pão de mistura, najróżniejsze słodkie drożdżowe regeifas (ale i tak żadna nie dorównywała regeifa de canela -coś w kształcie wielkiego kołacza z cynamonem -którą całe lata kupowałam w São João de Madeira jeszcze gorącą i rzadko kiedy dojeżdżała do Porto w całości). Szczerze się przyznam, że nie odważyłam się na degustację chleba nadziewanego sardynkami. :)


Oprócz samych wypieków na Festiwalu chleba był konkurs na najpiękniejszą budowlę z ciasta. Poniżej nasza faworytka - misternie zdobiona słynna lizbońska Torre de Belem.


Mimo pewnych, wspomnianych powyżej, krytycznych uwag wyszliśmy z Palacio Cristal obładowani workami pieczywa, które potem z wielką przyjemnością degustowaliśmy. Mam nadzieję, że za rok impreza się powtórzy już w szerszym składzie, a przede wszystkim, że nie zabraknie na niej polskiego akcentu.

niedziela, maja 13, 2007

Pszenno-gryczany chleb z ziarenkami prosa.

Dzisiaj będzie o chlebie, który po raz pierwszy zrobiłam w okresie totalnego znudzenia wypiekami na zakwasie i innymi skomplikowanymi i czasochłonnymi "dziełami piekarniczymi". Z wakacji w U.S. przywiozłam sobie jedną z tamtejszych biblii chlebowych "The Bread Lover's Bread Machine Cookbook" Beth Hensperger. Sprzedawczyni zachwalała mi , że to nowe wydanie i absolutny "must" dla każdej pani domu piekącej chleb. Ja już taką panią domu jestem od ładnych paru lat, więc mimo, że w Ameryce kupiona - Ameryki ta książka dla mnie nie odkryła. To owszem biblia, ale chlebów prostych, łatwych i bez udziwnień. Jednak jest w niej kilka perełek. Jedną z nich jest właśnie dzisiejszy przepis.

To bardzo prosty chleb - doskonały na tosty i składane kanapki. Ma jednak w sobie coś - tym czymś jest chrupiące po upieczeniu proso i orzechowa nutka mąki gryczanej. Moja wersja przepisu jak zwykle różni się nieco od oryginału. Lubię robić ten chleb w jednej dużej keksówce i kroić go potem na wielkie "sandwichowe" kromki.

Proso to jedno z najstarszych zbóż, w dzisiejszych czasach jednak już nieco zapomniane. Rzadko też wykorzystywane do wypieku chleba, chyba dlatego, że nie zawiera glutenu. Chyba niesłusznie jednak zapomnieliśmy o tym starożytnym ziarnie. Przede wszystkim jedząc proso, spożywamy je zazwyczaj w postaci całych, pełnych ziarenek, nie poddanych "intensywnej" obróbce i dzięki temu nie wyzutych z błonnika i innych cennych składników. Zawiera ono też sporo witamin z grupy B, kwas foliowy, trochę wapnia i żelaza. A temu chlebowi dodaje również, jak już wspomniałam, znakomitych walorów smakowych.


 
Pszenno-gryczany chleb z ziarenkami prosa

1 duża lub 2 małe keksówki

1 i 1/3 szkl wody źródlanej
1 łyżka stopionego masła
1 łyżka ciemnego płynnego miodu

2 i 2/3 szkl mąki chlebowej
1/3 szkl mąki gryczanej
1/3 szkl prosa
1 łyżka glutenu (opcjonalnie)
1 i 1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka drożdży instant ( w oryginale były 2, ale moim zdaniem 1 wystarcza w zupełności)

Wrzucamy składniki do maszyny do chleba zgodnie z instrukcją. Pieczemy na podstawowym programie w maszynie lub wyrabiamy i "wyrastamy" na cyklu "Dough". Następnie odgazowujemy, przekładamy do wysmarowanych masłem i wysypanych otrębami foremek keksówek. Wierzch można posypać mieszanką ziarenek (sezam, mak, siemię lniane, płatki owsiane). Zostawiamy w cieple do wyrośnięcia na 30-40 min i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200ºC przez ok. 40-50 min.

środa, maja 09, 2007

Mandarynkowy posset


Dzisiaj uraczyłam moich domowników deserem średniowiecznym. Hmmm, no może niezupełnie, bo znalazłam go w mojej nowej książce, wydanej w bieżącym roku kompilacji sezonowych przepisów z brytyjskiego czasopisma kulinarnego "Olive". Książka zresztą mimo, że malutka, pełna jest wyjątkowo prostych do przygotowania smakowitości. Podzielona jest na pory roku, co ułatwia gotowanie z tych darów natury, które właśnie są w największej swojej krasie. Dzisiejszy przepis pochodzi z działu "Wiosna", z czym lekko bym polemizowała, bo cytrusowy sezon - przynajmniej w Portugalii - przypada raczej na zimową porę. Dajmy jednak spokój kalendarzowi i zajmijmy się deserem, jak wszystko w tej książce - prostym, a wykwintnym.

Otóż rodowód posset jest rzeczywiście bardzo stary. Cóż oznacza to słowo? W swoim pierwotnym znaczeniu - napój z gorącego, a następnie ukwaszonego mleka. Zakwaszało się je przeróżnymi dodatkami - między innymi winem. Nie brzmi zbyt zachęcająco , prawda? Ale poczekajcie jeszcze momencik, bo od Średniowiecza posset nieco ewoluował. W dawnych czasach był podstawowym lekarstwem m.in.na przeziębienie, ale i wspomagał leczenie wielu innych dolegliwości. Coś do naszych czasów chyba jeszcze z tego przetrwało, bo komuż mama w chorobie czy zdrowiu nie dawała szklanki gorącego (może jednak już nie kwaśnego) mleka, żeby dobrze spał. Mi moja serwowała, a jakże- w dodatku z miodem i odrobina masła (brrrr!!), co miało ponoć uleczyć różne dziecięce przypadłości.

Posset był w swoim czasie tak popularny, że produkowano nawet specjalne zestawy do jego przygotowania, często bardzo ozdobne i chętnie ofiarowywane w prezencie. Ponoć jednym z zaręczynowych podarunków dla króla Filipa II Hiszpańskiego i przyszłej królowej Marii I Angielskiej (popularnie nazywanej Bloody Mary) był komplet do posset wykonany przez samego Cellini'ego z kryształu, złota i kamieni szlachetnych. Posset królowej co prawda zdrowia zbytnio nie poprawił, bo odeszła z tego padołu w 42 roku życia, ale nie wymagajmy w końcu zbyt wiele od prostego napoju.

Mój dzisiejszy posset, choć jest dość wierny tradycyjnej procedurze podgrzewania i zakwaszania, składniki ma już nieco odbiegające od oryginału. I mimo, że nigdy nie próbowałam pierwowzoru, śmiem twierdzić, że i smakiem prawdopodobnie nad nim nieco góruje. Użyć do niego należy możliwie jak najtłustszej śmietanki kremówki.
W brytyjskim oryginale przepisu użyto 48% double cream. Ja miałam śmietankę jedynie 35%. Deser po ochłodzeniu był jednak na powierzchni bardzo gęsty (przypominał konsystencją creme fraiche), na spodzie nieco rzadszy, ale smakowi to niczego nie ujmowało. Elementem zakwaszającym jest tu sok cytrynowy i mandarynkowy. Warto poszukać mocno kwaśnych cytryn, bo to polepszy efekt ścinania się śmietanki. Niebagatelne znaczenie - przynajmniej dla mnie - ma też fakt, że deser robi się jakby mimochodem w czasie przygotowywania głównego dania obiadowego.



Mandarynkowy posset

568ml najtłustszej śmietanki kremówki jaką da się zdobyć
3 mandarynki
sok z 1 bardzo kwaśnej cytryny
3 łyżki jasnego brązowego cukru

Ścieramy skórki ze wszystkich mandarynek (bez białego albedo). Następnie wyciskamy z mandarynek sok. Mieszamy go z sokiem z cytryny i z cukrem. Śmietankę razem ze skórką mandarynkową doprowadzamy do wrzenia i odstawiamy do naciągnięcia na ok. 20 min. Przecedzamy śmietankę przez sitko, wyrzucamy skórki. Teraz ponownie podgrzewamy śmietankę tuż poniżej punktu wrzenia i dodajemy soki cytrusowe z cukrem. Zdejmujemy z ognia, dokładnie mieszamy. Śmietanka zacznie nam się lekko ścinać, ale nadal będzie rzadka. Wlewamy krem od razu do przygotowanych naczyń, w których będziemy go podawać. Ostudzony wstawiamy na 3 godz do lodówki do stężenia.

niedziela, maja 06, 2007

Sałatka z paluszkami krabowymi

Dzisiaj przedstawiam przepis na sałatkę autorstwa naszego przyjaciela Martyna. Jest to jeden z niewielu znanych mi gotujących mężczyzn. W dodatku gotujących dobrze, z przyjemnością i często (to ostatnie jest chyba najrzadziej u panów spotykane ;) ). Przynajmniej całe wieki temu, gdy się ostatni raz widzieliśmy, kucharzenie było jedną z jego pasji.

Znamy się już od 100 lat. Razem studiowaliśmy (całą czwórką - Martyn, jego żona Agnieszka, Maciej i ja), potem przez 7 lat mieszkaliśmy o "rzut beretem" od siebie. Gdy nasze dzieci jeszcze były małe (ich córka jest rówieśnicą Lukasza), często spotykaliśmy się, żeby maluchy mogły się trochę ze sobą pobawić, a my pogadać. Ponieważ czas miewaliśmy raczej wieczorami, tym naszym spotkaniom często towarzyszyła jakaś nieformalna i niezobowiązująca przegryzka.

Pewnego razu Martyn zaimprowizował doskonałą i ekspresową sałatkę z kapusty pekińskiej i wtedy jeszcze mało w Polsce popularnych paluszków surimi. Ja wiem, że to niby marny rybny substytut prawdziwego mięsa z krabów, ale cóż mogę poradzić, że w tej sałatce za nimi wprost przepadam. Robię ją już od x lat i muszę przyznać, że gdy spiżarnia i lodówka świeciły pustkami, niejedną kolację w naszym domu uratowała. Przez te lata trochę już odbiegła od swojego pierwowzoru. Wzbogaciłam ją w kukurydzę i zieleninę. Ponieważ smaki głównych skladników są łagodne i żaden nie dominuje, kropką nad "i" jest tu wyrazisty sos. Gęsty grecki jogurt z czosnkiem i odrobiną chrzanu sprawdza się znakomicie. Wcale niebagatelne znaczenie ma fakt, że można zjeść tej sałatki naprawdę dużo, nie pochłaniając przy tym setek kalorii.

Ciekawa tylko jestem czy Martyn jeszcze pamięta i robi tę sałatkę ze starych, dobrych czasów....

Sałatka z paluszkami krabowymi

200g paluszków krabowych
1 szkl ziaren kukurydzy
1 nieduża główka kapusty pekińskiej
1/2 szkl posiekanej natki pietruszki
1/2 szkl posiekanego koperku

Sos:
125g jogurtu greckiego
2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
1 łyżka majonezu
1 łyżka soku z cytryny lub octu jabłkowego
1 łyżeczka chrzanu
sól, pieprz do smaku

Mieszamy składniki sosu i polewamy nim wymieszane i wrzucone do dużej miski składniki sałatki. Jeszcze raz wszystko mieszamy. Podajemy najlepiej z domowym, świeżym chlebem na zakwasie.

piątek, maja 04, 2007

Śmietankowo-maślane bułeczki z brandy



Od dawna marzę o smaku polskich bułeczek maślanych i ciągle go nie mogę odtworzyć. Ba, nawet jedzone w ojczyźnianych piekarniach nie są już dla mnie takie, jak kiedyś. Kłania się odwieczny problem wyidealizowanego smaku z dzieciństwa, Smaku żywego w naszej pamięci i chyba niemożliwego do odtworzenia. Bułeczki, które dzisiaj upiekłam trudno zresztą nazwać tradycyjnie polskimi, choć smakowo nieco słodkawe bułki maślane przypominają.
Miąższ mają mięciutki, ale w żadnym razie nie "waciasty" - nie pozwalają na to przebogate (i przekaloryczne niestety) składniki. Dodatek brandy i cieniutka cukrowa skorupka jeszcze im dodają szyku.

Jest to pierwszy wypróbowany przeze mnie przepis z książki Dana Leparda "The Handmade Loaf". Muszę przyznać, że ten facet naprawdę potrafi piec. To jest oczywiste przy pierwszym lepszym przepisie - idealne proporcje, sprawdzone czasy pieczenia i wyrastania. Nic nie trzeba kombinować, wystarczy całkowicie zdać się na autora. Może dziwne jest to co piszę - zachwycam się książką, w której przepisy są wypróbowane. Wydawało by się, że każda wydawana pozycja kulinarna powinna taka być. Ale niestety tak nie jest. Ileż to razy już pierwszy rzut oka wystarczy, żeby doświadczony domorosły piekarz wiedział, że gdyby się kierował instrukcjami z danej książki poniósłby sromotną klęskę. Ale i on, ten piekarz z wieloletnim stażem, czasem daje się zwieźć, a co dopiero mówić o kimś początkującym w wypieku chleba.

Także szczęśliwie mamy w książce Leparda do czynienia z przepisami naprawdę "foolproof". Ja muszę się jednak przyznać, że poszłam trochę na łatwiznę i wbrew tytułowi książki wyrobiłam bułeczki w maszynie do chleba. Chyba im to nie zaszkodziło, bo o poranku zniknęły ze stołu w zastraszająco szybkim tempie.

Autor poleca mrożenie bułeczek po upieczeniu, moim zdaniem jednak tracą one w ten sposób dużo ze swoich walorów. Mam wrażenie,że chyba korzystniejsze byłoby zamrożenie surowych uformowanych bułeczek przed drugim rośnięciem. Nie wiem dlaczego, ale nigdy jeszcze się nie odważyłam na ten proceder. ;) Nie mam pojęcia dlaczego, bo wiele osób go sobie bardzo chwali.




Śmietankowo-maślane bułeczki z brandy Dana Leparda

Zaczyn:
125g pełnego mleka, letniego
2 łyżeczki świeżych drożdży (Lepard daje tylko 1 i 1/2)
50g cukru
150g mąki
50g śmietanki kremówki (w oryginale bardzo tłuste, bo aż 48% double cream)

Ciasto:
350g mąki
1 i 1/2 łyżeczki soli
100g roztopionego masła
1 jajko
50g brandy

brandy i cukier kryształ do posypania wierzchu bułeczek

Zaczyn:
Rozkruszamy drożdże i mieszamy z reszta składników zaczynu. Odstawiamy w ciepłe miejsce na 30 min do wyrośnięcia.

Ciasto:
Zaczyn i resztę składników ciasta wkładamy do maszyny do chleba w kolejności w/g instrukcji. Nastawiamy na program do wyrabiania ciasta. Zostawiamy ciasto w maszynie na czas pierwszego rośnięcia - do końca programu (aż podwoi swoją objętość, ok. 1 godz).

Wyjmujemy ciasto na lekko posypany mąką blat, lekko odpowietrzamy dzielimy na 12 równych kawałków, z każdego formujemy okrągłą bułeczkę. Kładziemy spojeniem do dołu na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do plastikowej torby (ja jeszcze wstawiam pomiędzy bułeczki ze dwa kieliszki mam wtedy pewność, że mi folia nie opadnie i nie zlepi się z ciastem. Zostwiamy do wyrośnięcia, aż podwoją objętość (Lepard poleca zostawić je w chłodzie 15-18ºC na ok. 1 i 1/2 - 2 godz; w cieple oczywiście będą rosły krócej).

Nagrzewamy piekarnik do 200ºC. Smarujemy powierzchnię wyrośniętych bułeczek brandy, a następnie dość obficie posypujemy je cukrem. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika, po 15 min obniżamy temperaturę do 180ºC i jeszcze pieczemy przez 10-15min aż bułki sie ładnie zezłocą.