środa, grudnia 19, 2007

Niby nic istotnego czyli sos tatarski



Gdybyśmy zaczęli wymieniać bez czego nie wyobrażamy sobie świąt Bożego Narodzenia lista pewnie byłaby długa. Na jej czele królowałaby pewnie choinka, opłatek, pierniczki, sianko pod obrusem, makowce, uszka, wigilijne ryby. Wymieniać można prawie w nieskończoność. Zabawne, że czasami nie możemy się również obejść bez jakichś drobiazgów, które wśród zalewu świątecznych pyszności wydaja się nieistotne, ale gdyby ich zabrakło natychmiast byśmy ich nieobecność dotkliwie poczuli.

U nas w domu przykładem na takie niby nic nie znaczące, a dopełniające świątecznej tradycji dodatki są dwa sosy - chrzanowy i tatarski. Ten ostatni w ciągu wielu lat tak w naszej rodzinie ewoluował, ze chyba daleko odszedł od receptury podawanej w klasycznych polskich książkach kucharskich. Rodem jest on ponoć nie z kuchni polskiej, ale z tradycji w którą ta ostatnia przez długie wieki była z uwielbieniem zapatrzona - z cuisine française, gdzie nosi nazwę sauce tartare. Skąd ta nazwa? Czyżby miała coś wspólnego z grożącymi niektórym staropolskim domostwom na południowo-wschodnich kresach Tatarami.... Jeśli tak jest w istocie (kilka źródeł  taką etymologię podaje) to może jednak Polacy mieli jednak jakiś udział w odkryciu tego sosu. Bez względu na rodowód, zapraszam do wypróbowania mojej wersji sosu tatarskiego, znakomitego zwłaszcza do ryb i pieczonych mięs na zimno.



Sos tatarski

1/2 szkl majonezu
1 łyżka chrzanu
1 łyżeczka musztardy
4 łyżki kwaśnej gęstej śmietany
1 ogórek konserwowy obrany ze skórki i pokrojony w drobną kostkę
3 małe grzybki w occie drobno posiekane w kostkę
1 łyżeczka ziarenek zielonego pieprzu z zalewy
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanego szczypiorku
1 łyżka posiekanego koperku
sól, cukier do smaku

Wymieszać ze sobą wszystkie składniki sosu. przechowywać w lodówce w szczelnie zamkniętym szklanym pojemniku.

5 komentarzy:

  1. ja tez mam swoja daleka wersje tego sosu, bez niego zadne swiateczne sniadanie dla mnie nie istnieje. nie dodaje zieleniny i musztardy natomiast dodaje pokrojone sliwki w occie a ogorek jest u mnie kiszony.
    uwielbiam sliwki w occie :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Leloop, a skąd bierzesz śliwki w occie? Sama robisz czy z Polski przywozisz? Ja chyba nigdy nie jadłam takich śliwek, gruszki to i owszem, nawet jeszcze mam gdzieś słoiczek.

    OdpowiedzUsuń
  3. roznie, problem z sliwkami kupowanymi jest taki, ze nigdy nie natrafi sie na te sama marke. Sliwki powinny byc jedrne a czesto sa rozklapciane. dlatego robie sama jezeli dostane sliwki bo na moje dwie "prunier 'Quetsche d'Alsace'" czyli sliwki wegierki nie zawsze moge liczyc :/. moja corka to by caly sloj na jedno posiedzenie "wciagnela". wprawdzie robione na occie alkoholowym ale zalewa nabiera potem takiego smaku, ze gdy sliwki skoncza sie zakwaszam nia barszcz albo dodaje do surowek.
    w przyszlym roku jesli bede robic mozesz liczyc na sloik. a teraz sprobuj gdy bedziesz w Polsce.

    OdpowiedzUsuń
  4. To muszę się w Pl rozejrzeć. A piszesz o occie alkoholowym masz na myśli winny, prawda? Coś tak czuję, że u Ciebie tak jak i tutaj u mnie octu spirytusowego, na którym pewnie się te śliwki robi w PL, nie można dostać. Mówisz, że mogę liczyć na słoiczek... ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. jak najbardziej ocet spirytusowy, oczywiscie zapomnialam jak to idzie po polsku ;), ten pamietny z lat 80tych ;))). we Francji jak najbardziej do dostania jedynie zastanawiam sie do czego jest uzywany, bo chyba nie spozywczo :}. moj maz, ktory co dziennie ma do czynienia z wapnem, plucze sobie nim rece, zeby "wyplukac" resztki wapna, brrr ...
    ale chyba jednak nie bede Ci przesylac butelki ;)
    gdybym mogla Co poradzic to nie daj sie skusic w PL na sliwki w sloikach w formie beczulek, opakowanie ladne i to wszystko :(
    pozdrawiam, pewnie pakujesz walizki, my dojedziemy tylko do Paryza tego roku

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.