niedziela, listopada 25, 2007

Złoto Florydy i cytrusowy weekend

Plaża Miami.

Dzisiaj będzie zupełnie niechronologicznie. Przeskakując cały pobyt w Arizonie opowiem o końcówce naszych wakacji w USA. Robię to z dwóch powodów - po pierwsze mąż mi wyniósł z domu książkę, w której miałam przepis na indiańską potrawę potrzebny mi do przygotowanego na dzisiaj postu, po drugie - mamy teraz cytrusowy weekend organizowany i zapowiadany już od kilku dni przez Tatter z blogu "Palce lizać".


A skoro cytrusy to koniecznie i Floryda. Do stolicy tego stanu lecimy z Albuquerque przez Orlando. Po przemierzeniu 2/3 kontynentu należy nam się wypoczynek, więc późnym wieczorem docieramy do Miami Beach.


Nasz hotel położony jest nad samym morzem. Od plaży dzieli nas tylko ścieżka dla spacerowiczów i jak to na Stany przystało - dla biegaczy, których od rana do wieczora jest tu pełno. Panowie biegają z gołymi torsami przepasani jedynie czujnikami od pulsometrów, panie w kosmicznych topach, obie płcie zaopatrzone są w ipody i najnowsze sportowe buty z czujnikami Nike+ mierzącymi prędkość, dystans i ilość spalonych kalorii. No w sumie jest na co popatrzeć...

Oprócz młodych sportowców sporo starszych ludzi, nie na darmo Floryda ma famę mekki emerytów. Dziwi tylko jak oni wytrzymują te temperatury i wilgotność, przynajmniej w lecie. Do końca pobytu plażujemy, kąpiemy się w oceanie, gdzie woda jest cieplejsza niż w lodowatym hotelowym basenie. Wylegujemy się na leżakach, jak na prawdziwych turystów przystało. Czas jeszcze przez chwilę płynie wolno...


Zapytacie pewnie co niby jest tytułowym złotem Florydy ? Co do tego pewnie nie ma najmniejszych wątpliwości (jeśli pominiemy piękne plaże i słońce ) - największym skarbem tych okolic są oczywiście cytrusy. Pomarańcza jest nawet emblematem tablic rejestracyjnych "Sunshine State". Gdy jeździliśmy po Florydzie w 2005 roku, oprócz nie budzących mojego wielkiego entuzjazmu bagnistych i "aligatorzastych" Everglades, mijaliśmy rzeczywiście całe hektary gajów pomarańczowych.

Portugalskie cytrusy może nie są tak słynne jak ich kuzyni zza Atlantyku, ale równie tu powszechne. Jak w Polsce jabłonkę, tak w Portugalii każdy ma przydomowym ogródku "laranjeira", czyli drzewo pomarańczowe.

I właśnie cytrusy grają pierwsze skrzypce w moim dzisiejszym torcie. W sezonie zimowym, gdy te owoce są w szczycie formy i jest ich zatrzęsienie - warto je spożytkować na taki właśnie intensywnie cytrynowo-pomarańczowy torcik.
Ciasto w tym torcie jest ciekawe, bo z dodatkiem świeżo wyciśniętych soków cytrusowych i w rezultacie dużo wilgotniejsze od typowego biszkoptu.



Tort "złoto" Florydy

na tortownicę o średnicy 28 cm

Krem cytrusowy:
3 całe jajka
3 żółtka jajek
3/4 szkl cukru
1 łyżka drobno startej skórki cytrynowej
1/4 szkl świeżo wyciśniętego soku cytrynowego
1/4 szkl świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
125g miękkiego masła

Ciasto:
2 i ¼ szkl mąki
1 płaska łyżka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
5 jajek rozdzielonych na białka i żółtka
1 całe jajko
1 i 1/3 szkl cukru (ta 1/3 idzie do białek)
½ szkl oleju
1 łyżka drobno startej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka drobno startej skórki z cytryny
2/3 szkl świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 łyżka soku z cytryny

Do posmarowania wierzchu:
300ml śmietany kremówki ubitej z cukrem i cukrem waniliowym

Krem:
Ubijamy w dużym garnku jajka i żółtka z cukrem do białości. Dodajemy skórkę cytrynową i soki z cytrusów nadal ubijając. Stawiamy na małym ogniu i dodajemy masło ciągle ubijając (mikserem lub trzepaczką) - masło się może zważyć, ale nie należy się tym przejmować. Podgrzewamy ciągle ubijając, aż masa zacznie gęstnieć (nie może się jednak zagotować, uwaga dla posiadających termometr do konfitur lub syropów cukrowych - masa powinna osiągnąć temperaturę ok. 70ºC). Przelewamy ją z garnka do zimnej miski, kładziemy folię spożywczą bezpośrednio na kremie (żeby się nie utworzyła skórka) i jak tylko ostygnie wkładamy do lodówki.

Ciasto:
Nagrzewamy piekarnik do 160 ºC. Ubijamy do białości 5 żółtek z 1 jajkiem i 1 szkl cukru. Powoli dodajemy olej i skórki cytrusowe. Teraz na zmianę stopniowo wlewamy soki cytrusowe i wsypujemy mąkę wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia. Ubijamy białka z 1/3 szkl cukru i szczyptą soli, ubite na sztywno mieszamy szpatułką z resztą ciasta. Wlewamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą tortownicy o średnicy 28 cm ( w żadnym razie nie mniejszej - ciasto rośnie wysokie) i pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 50-60 min.

Po upieczeniu i ostygnięciu kroimy ciasto na 3 placki, przekładamy je zimnym cytrusowym kremem, a wierzch i boki smarujemy bitą śmietaną.

7 komentarzy:

  1. Agusiu, ależ mi się podoba ten tort! I piękne zdjęcie. :)
    Aż żałuję, że mały ssak każe mi narazie trzymać się od cytrusów z daleka. Ale może za czas jakiś...

    OdpowiedzUsuń
  2. przepiekne zdjecie! i mimo ze nie przepadam za tortami, tym narobilas mi smaka ;-)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Wielkie dzieki za Twoj udzial w "Cytrusowym Weekendzie", zapraszam do mojego bloga na roundup :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspanialy ten tort cytrusowy!! Bardzo lubie takie orzezwiajace desery... Pieknie ci wyszedl i faktycznie jak zloto!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. musze wyprobowac!!Bardzo fajne ciasto...

    OdpowiedzUsuń
  6. Twoje wakacyjne opowieści sa idealnym antidotum na pogode, jaką tu mamy... chociaz czytając to wszystko nieraz czuje to okropne ukłucie zazdrosci ;)

    a zdjecia? nie wiedziałam, ze na świecie są TAK intensywne barwy. piekne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziewczyny, cieszę się, że się Zloto Florydy spodobalo.

    Aniu, może rzeczywiście trudno się zachwycać listopadową pogodą w Polsce, ale muszę Ci powiedzieć, że może czlowiek zatęsknić i to bardzo do zlotej polskiej jesieni i śnieżnej zimy. :)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.