czwartek, listopada 22, 2007

Chleb kukurydziany wśród kaktusów saguaro



Po Białych Piaskach mamy w planach piaski bardzo... kolczaste. Zawracamy na północ i po kilkudziesięciu minutach zbliżamy sie do Old Tucson Studios - miasteczka kowbojskiego, gdzie przez wiele lat kręcono westerny. Krajobraz jest rzeczywiście do tych filmów jak wymarzony.



Old Tucson położone jest na skraju Saguaro National Park: to pół-pustynia zarośnięta olbrzymimi kaktusami: najwyższe z nich mają ok. 30 m. wysokości. Stojący przy nich Łukasz wydaje sie być taki mały !
Droga przez park jest piaszczsta i nierówna. Parkujemy samochód na jednym z niewielkich parkingów i idziemy wyznaczonym krótkim szlakiem widokowym robiąc mnóstwo zdjęć.



Oprócz dorodnych okazów kaktuów saguaro napotykamy także na ich wysuszone na preriach szkielety.


Kaktusy sa naprawdę wielkie, ich pierwsze, często powyginane w różne strony, "ramiona" wyrastają po ok. 150 latach. Otaczające nas góry maja czerwono-brunatny odcień.


Zjeżdżamy w dół do doliny łączącej Tucson z Phoenix, wjeżdżamy na Interstate 10 i przemieszczamy się na północ. Przejeżdżamy przez Phoenix, stolicę stanu Arizona. To wielkie miasto z downtown i wieloma drapaczami chmur. Ok. 150 km na północ od metropolii, zjeżdżamy na szosę nr 10 i kierujemy się na miasteczko Sedona.

Dolina i okolice miasta Sedona. Przepiękne i "magiczne" miejsce na naszej trasie. Położone pomiędzy Pheonix i Flagstaff w Arizonie.

To wspólczesna mekka ruchu New Age i jedno z miast, gdzie według statystyk chciałaby mieszkać wiekszość Amerykanów. Sedona ma bardzo uprzywilejowane położenie: w pięknej, szerokiej dolinie, z duża ilością słodkiej wody,otoczone wspaniałymi Czerwonymi Górami, czyli czerwono-brunatnymi łańcuchami Red Rocks.

Sedona. Red Rock Crossing.

My dojeżdżamy do Red Rock Crossing , małego parku krajobrazowego na obrzeżach Sedony. Po okolo 500 metrach spaceru dochodzimy do przepięknego miejsca widokowego, gdzie czerwone wierzchołki gór odbijają się w strumieniu. Z Łukaszm skaczemy przez rzekę po kamienich. Odwiedzający budują tutaj małe kopczyki z płaskich kamieni na niewielkiej wyspie na środku rzeczki, to chyba te klimaty New Age. ;) Jest naprawdę idyllicznie. Cease the moment.... Podobno latem są tutaj tłumy - w listopadzie spotykamy wyłącznie pojedynczych ludzi. W przydrożnych sklepikach nadal królują hatch chiles.


Wracamy przez Sedonę na północ i przez widokowy Oak Creek Canyon docieramy do Flagstaff. Fragmentem starej Route 66 przecinamy miasto i podążamy na północ przez zupełnie opuszczone stepy Arizony. Po stronie lewej słońce zachodzi nad Wielkim Kanionem rzeki Colorado. Prosta jak strzała droga biegnie na północ przez kilkaset mil. Po drodze mijamy Indian Trading Posts, w wiekszości nieczynne o tej porze roku punkty sprzedaży indiańskiego rękodzieła (jaka szkoda - oni mają taką piekną ceramikę). Docieramy do północnej granicy stanu Arizona, prawie wjeżdżajac do stanu Utah. Jesteśmy w miasteczku Page. Okolica jest przeurocza, ilość "cudów natury" w pobliżu, może przyprawić turystę i fotografa o zawrót głowy. Dosłowienie patrząc w każdą stronę krajobraz jest przecudowny.



Kolację tym razem jemy w meksykańskiej restauracji w Page. Porcje są gigantyczne, a my nie jesteśmy w stanie zjeść wszyskiego. Na słabych nogach ( pierwszy raz probówane świetne piwo meksykańskie "Pacifico" i gigantyczna margarita ) wracamy do hotelu. Jutro mamy być w wymarzonym od kilku lat Antelope Canyon.

O kanionie będzie w następnym odcinku, a teraz zajmiemy się bardzo południowo-zachodnim chlebem. Jest to odmiana popularnego amerykańskiego corn bread, tyle że z mąki z niebieskiej kukurydzy, specjalności regionu. Ja opócz samej mąki kupiłam jeszcze całe ziarna kukurydzy, również w atramentowym kolorze.

Chleb oczywiście można zrobić i ze zwykłej grubo mielonej mąki kukurydzianej, smakiem żółta i niebieska w sumie niewiele się różnią. Pieczemy go w płaskiej kwadratowej blaszce i kroimy jak ciasto. Samo pieczywo jest doskonałym dodatkiem do wszelkich dań z regionu, nam zwłaszcza smakuje z przeróżnymi chili i indiańskimi odmianami gulaszu (czy język polski ma inną nazwę na potrawy z duszonego mięsa?). Przepis pochodzi, z uwielbianej przeze mnie książki "Southwest - The Beautiful Cookbook", tyle, że ja przypadkiem zapomniałam o dodatku cukru (i zresztą uważam że słusznie, w wytrawnym chlebie wystarczy sama delikatna słodycz kukurydzy), a celowo nieco zmieniłam proporcje obu używanych mąk.


Chleb z niebieskiej kukurydzy z papryką
kwadratowa foremka o boku 2ocm

3 łyżki oleju kukurydzianego
3 łyżki masła
1 czerwona papryka, drobno pokrojona w kostkę
1 chili jalapeño, drobno posiekane
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 szkl mąki pszennej
3/4 szkl mąki z niebieskiej kukurydzy
2 łyzeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
2 jajka
3/4 szkl maślanki (lub jogurtu rozmieszanego z mlekiem)

Nagrzewamy piekarnik do 190ºC. Na małej patelni podgrzewamy olej i masło. Gdy masło się roztopi dodajemy czerwoną paprykę i na średnim ogniu smażymy aż będzie miękka ok. 5 min. Dodajemy jalapeño i czosnek, smażymy jeszcze minutkę. Odstawiamy do przestudzenia.

Mieszamy w misce obie mąki, proszek do pieczenia, sodę i sól.

Ubijamy jajka z maślanką, dolewamy do nich przestudzona mieszankę maślano-paprykową, dobrze mieszamy. wsypujemy mąki i mieszamy tylko do połączenia składników (ja to wszystko robię w mikserze na minimalnych obrotach, ale można mieszać zwyczajnie łyżką).

Wykładamy ciasto do przygotowanej foremki i pieczemy ok. 40min, aż wbity w środek ciasta patyczek będzie suchy. Pozostawiamy do ostygnięcia na siatce i kroimy w kwadraty.

7 komentarzy:

  1. Agusiu, regularnie czytam Twoje relacje z podróży i jedyne co kołacze mi się w głowie to...czy kiedykolwiek zobaczę te wszystkie piekności na żywo...? Piękna podróż, piękne zdjęcia. Zazdroszczę wspomnień. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Malgosiu, ja właśnie po to piszę, żeby sobie przez te wspomnienia przedłużyć wakacje. Dziekuję Ci bardzo za miłe słowa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj te chile pokazane to raczej nie są "hatch chiles". To są "chile ristra", natomiast "hatch chiles" to są łagodne, zielone papryczki chile podpalone w ogniu, najczęściej na dworze.
    A te wiszące wszędzie suszone czerwone noszą nazwę "chile ristra".

    Pozdrowienia.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  4. Doroto, ale chile ristra to nie jest gatunek papryki. Hiszpańskie słowo "ristra" oznacza ozdobę, sznur (my byśmy po polsku powiedzieli - warkocz), spleciony z papryczek. A zrobić go można z dowolnego gatunku papryk.

    Co do hatch chiles to owszem mogą być one zielone lub łagodne, mogą być też czerwone lub ostre.:) Ja przywiozłam sobie z Nowego Meksyku wielki wór "medium hot red hatch chiles", czerwonych w kolorze i o długości ok. 15-20cm. Termin "hatch chile" pochodzi od miasteczka Hatch w New Mexico słynnego właśnie z uprawy papryki.

    OdpowiedzUsuń
  5. No widzisz, Agnieszko, ja mieszkam przez miedzę od Nowego Meksyku i kiedyś tam nawet mieszkałam przez 2 lata, więc moje sprawozdanie jest z tzw. autopsji. Jeżeli kupiłaś sobie red hatch chiles, to przecież nie mogę się z tym kłócić. :) Jednak nigdy nie widzę red hatch chiles na sprzedaż, a tylko zielone, łagodne.
    Co do ristras, to oczywiście masz rację co do ścisłego znaczenia, ale spróbuj kupić zielone ristra. Nie ma szans. Może dlatego, że po wyschnięciu zielone źle wyglądają???

    Jedna ciekawostka, w kuchni nowomeksykańskiej papryka chile gra bardzo poważną rolę. Zwykle danie jest podane z zieloną lub czerwoną papryczką. A jak się lubi i taką i taką, to zamawia się "Christmas" -- i każdy wie o co chodzi. Kolory świąt w Ameryce to zielony i czerwony. Ale nigdy, przenigdy nie widziałam zielonych chile ristra. Też przejrzałam oferty Internetowe i to samo: ristras są sprzedawane tylko czerwone. Coś w tym jest.

    Pozdrowienia.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do kolorów ristras to na pewno masz rację, zielone chyba nie byłyby zbyt dekoracyjne. Choć czytałam , że ristras powstały nie dla dekoracji, tylko jako sposób przechowywania papryk (pewnie jak nasze warkocze czosnku).

    Poszłam jeszcze raz obejrzeć moje papryki i one są naprawdę czerwone jak diabli ;) i jeszcze szumnie na nich napisano, że są from "the chile capital of the world". Może Amerykanie tylko turystom wciskają te czerwone , bo ja kupowałam je w sklepiku na wjeździe do White Sands. Pamiętam, że były jeszcze hot i mild, ja wybrałam te pośrednie, co do kolorów pozostałych nie daję głowy.

    Znalazłam taką stronę http://www.thesantafesite.com/articles-database/Red-or-Green--Chile-that-is-.html
    i juz całkiem zgłupiałam. Czy hatch chile to jest to samo co New Mexico chile tylko hodowane w okolicach Hatch? I jeszcze twierdzą tam , że zielone sprzedaje się zwykle świeże, a czerwone suszone... czy to prawda Doroto?

    Dziękuję za tę informację, którą podałaś o zamawianiu "Christmas", nie miałam o tym pojęcia, może się przyda przy jakiejś kolejnej wizycie, chociaż my już Southwest dość dokładnie objechaliśmy. Mimo to atrakcji jest tam tyle, że zawsze warto wrócić, a my kochamy turystycznie jeździć po Stanach. Mój mąż nawet wszem i wobec głosi, że Europa krajobrazowo to Ameryce nie dorasta do pięt. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. hehe, przejrzałam ten artykuł też i muszę przyznać, że jak zwykle po czytaniu na temat członków rodzaju Capsicum, to też mam zamęt w głowie. Tych papryczek jest tyle różnych, a oprócz tego mają róźne nazwy w różnych preparacjach. Już nie raz nad tym się męczyłam...
    Jedno z miejsc, w których mieszkam to Kolorado, a więc tuż, tuż przy Nowym Meksyku. Do Nowego Meksyku jeżdżę co jakieś 6 miesięcy (będę tam znów w lipcu). I w Kolorado i w NM widywałam zawsze tylko świeże zielone papryczki chile (a nie czerwone, nigdy nie czerwone) oraz tylko czerwone suszone (na ristras). Santa Fe, stolica NM jest obwieszona tymi czerwonymi, a zielonych warkoczy po prostu nie ma. Natomiast nazwa "hatch" to jest tylko wtedy oferowana, jak są te zielone świeże papryczki opalane (zwykle na dworze w takim kotle, który je tak jakby wędzi). Są łagodne i pyszne i zapach roznoszący sie w okolicy przyciąga chętnych to kupowania tych "hatch chiles". Nigdy nie widziałam ich czerwonych w formie hatch. W Hatch, New Mexico nigdy nie byłam.

    Natomiast co do krajobrazów Europy i Ameryki, to wydaje mi się są bardzo różne i odmienne od siebie. Ja bardzo lubię europejskie krajobrazy (bardzo nam się podoba Portugalia), ale też w Ameryce jest mnóstwo ciekawych miejsc. Jeżeli chodzi o Southwest, to odbyliśmy kilka fantastycznych wycieczek, trochę takimi bocznymi szlakami czyli nie tam gdzie głównie ciągną turyści. Niezapomniane wrażenia. Ale trudno jest powiedzieć, żeby te turystyczne szlaki były do zapomnienia, bo jak zapomnieć ten Grand Canyon? Czy miałaś okazję być w parkach narodowych płd. części stanu Utah? Tam jest dopiero co zobaczyć. Parki takie jak Canyonlands czy Arches National Park są chyba najbardziej tak jakby z innej planety.
    A jaki wspaniały jest Mesa Verde National Park, największy obszarowo park narodowy USA, ale chyba nie tak bardzo znany wśród turystów. Jest to jedyny park w Ameryce, którego główną atrakcją są ludzkie obiekty (co nie znaczy, że naturalne piękno jest mniej fascynujące tam). Bardzo polecam. No i cała masa innych.

    Nam w Portugalii bardzo podobały się pousadas, gdzie się czasem zatrzymywaliśmy. Posiłki, winko, wszystko było pyszne! A portugalskie sery są wyśmienite i niestety nie za dobrze znane po tej stronie oceanu. A szkoda, bo przy dobrym marketingu na pewno zyskałyby na popularności. Podobnie jak słowiański ser (piszę słowiański bo zarówno Polacy jak i Słowacy ten ser mają) -- bryndza. Bryndza to jest jedyny ser, którego w Ameryce nie mogę nigdzie dostać.

    Tą serową dywagacją kończę i pozdrawiam Cię serdecznie.
    Dorota
    Mój e-mail adres do doratus@gmail.com, jeśli byłabyś czymś amerykanskim lub kanadyjskim zainteresowana.
    PS Dziś kupiłam już ten Stand Mixer. W kuchni wygląda zupełnie jak Mercedes. Jest wielki i bardzo imponujący. Wypróbuję go bardzo wkrótce do wyrabiania ciasta chlebowego.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.