czwartek, listopada 08, 2007

Mojito na Karaibach


Dziś już kończą się nasze wakacje i odlatujemy do domu, a ja znowu wykorzystuję nieznośny czas oczekiwania na lotnisku, żeby podzielić się z Wami naszymi wakacyjnymi wrażeniami. Tak jak obiecałam dzisiaj będzie kilka słów na temat naszego rejsu po Zatoce Meksykańskiej i Morzu Karaibskim. Jak już wspominałam wypłynęliśmy z gorącego przez okrągły rok Miami, udając się do Hondurasu, a konkretnie na wyspę Roatan. Na pokładzie oczywiście było mnóstwo atrakcji (również tych kulinarnych, na zawsze mi pozostanie w pamięci cudowny homar z Four Seasons Restaurant). Łukasza ledwie widywaliśmy taki miał napięty plan zajęć dla nastolatków.



Honduras przywitał nas tropikalną ulewą i małą niespodzianką. Pan z wypożyczalni samochodów, który całymi tygodniami umawiał się z nami "mailowo", nie pojawił się w porcie i nie było żadnej możliwości skontaktowania się z nim, mimo, że prawie każdy napotkany tubylec go znał. Wobec tego udaliśmy się zwiedzać miasteczko i pobliskie plaże na własną rękę.



Cóż, Honduras o tej porze roku pozwala zrozumieć co to jest smutek tropików... Przyroda aż paruje i kipi soczystą zielenią. Ludzie są przyjaźni, ale jakoś dziwnie spowolniali, chyba od ciągłego upału i wilgoci. Niestety, co tu dużo mówić, rzuca się w oczy również przygnębiająca nędza. Tubylcy jednak zdają się jakoś tym nie przejmować - są weseli i pogodni, a życie płynie im w zupełnie innym od naszego rytmie.



Najlepszym lekarstwem na wspomniany już smutek tropików jest raczenie się tym, co one przynajmniej na tej półkuli, mają chyba najlepszego do zaoferowania - wspaniałym rumem. A dokładnie - popularnym koktajlem z jego dodatkiem o nazwie mojito. Muszę przyznać, iż mimo tego, że robiłam go już w domu wielokrotnie, nigdy nie smakował mi tak bardzo jak na tej wycieczce. To oczywiście kolejny dowód na to, jak nasze wrażenia smakowe są subiektywne i jak przeróżne bodźce mogą na nie wpływać.



Samo mojito jest koktajlem o rodowodzie karaibskim i pochodzi z Kuby. Potrzebujemy do niego dobrego białego rumu, garści świeżej mięty i limonek (tym razem tych zwykłych zielonych). Dobrze byłoby też mieć przyrząd zwany "muddler" i służący do rozgniatania liści mięty, co jest bardzo istotne dla wydobycia całego orzeźwiającego smaku tego drinka. Ja tam jednak radzę sobie zwykle drewnianą łyżką lub tłuczkiem albo zwykłą metalową łyżeczką, z całkiem dobrym skutkiem. Poniższy przepis pochodzi ponoć z miejsca narodzin mojito - "La Bodeguita del Medio" w Hawanie, gdzie pijał go sam Hemingway (czego ten gość zresztą nie pijał ;) ).



Mojito z "
La Bodeguita del Medio"

1 łyżeczka cukru pudru (lub 1 łyżeczka syropu cukrowego)

sok wyciśnięty z 1 limonki (ok. 60ml)
4 -6 liści świeżej mięty

1 gałązka mięty do ozdoby
60ml bia
łego rumu
60ml wody sodowej

lód


Wrzucamy liście mięty do szklanki typu collins (tej wąskiej i wysokiej) i wyciskamy na nie sok z limonki. Dodajemy cukier i delikatnie rozgniatamy liście mięty. Wsypujemy lód w kostkach lub pokruszony (to już w zależności od upodobań), następnie wlewamy rum, mieszamy i dopełniamy wodą gazowaną. Ozdabiamy gałązką mięty.


*Choć nie jest to już klasyka, ale często spotykana wariacja, ja często wyciskam sok z polowy limonki, a pozostałą połówkę kroję na 4 części i dodaję do szklanki z drinkiem.

4 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy post. Az mi sie zatesknilo za Miami i Karaibami.

    Pozdrowienia z Londka, Gocha

    OdpowiedzUsuń
  2. Przemawiajace zdjecia i relacja, Agnieszko. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Karaiby, Kuba...mhmm chociaż mojito jest w moim zasiegu :) Lece do sklepu po bacardi:):):

    OdpowiedzUsuń
  4. Piekne zdjecia, cudowne wspomnienia, Tez pojde po Bacardi, najwyzsza pora :-)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.