czwartek, lipca 05, 2007

Tarta rabarbarowo-pomarańczowa z bezą



Wszyscy rozsądni, przestrzegający sezonowości autorzy blogów kulinarnych pisali oczywiście o rabarbarze jak należy w maju. Ja jestem spóźniona o ponad miesiąc, ale i tak to zakrawa na cud i godne jest fajerwerków, że w ogóle mogę o nim napisać.

Otóż rabarbar jest kolejnym gatunkiem nieznanym portugalskiej botanice, a już tym bardziej portugalskiej kuchni. Ale że cuda się zdarzają udało mi się go zdobyć w dziale warzywnym El Corte Ingles (inaczej zwanego "Rajem dla kulinarnych dziwaków"). Cóż z tego, że w czerwcu...dobrze, że w ogóle dopadłam rabarbar ... Pani się w kasie troszkę z troską patrzyła widząc mnie objuczoną naręczem przedziwnych czerwonych łodyg, ale taktownie powstrzymała się od komentarzy. Gdy dotarłam do domu z tym skarbem, natychmiast ugotowałam kompot, kisiel, część zamroziłam na czarną godzinę, a że mi jeszcze mimo wszystko sporo zostało - postanowiłam upiec rabarbarowe ciasto.

I tu zaczę
łam debatować - w końcu trzeba odpowiednio uczcić taką kulinarną okazję. Bajaderkowy placek rabarbarowo-truskawkowy był w zeszłym roku, drożdżowe z rabarbarem i kruszonką również. Padło więc na tartę z książki "Desserts - 500 delicious recipes". Tartę na kruchym cieście z dodatkiem orzechów, z nadzieniem rabarbarowo-pomarańczowym, dodatkowo przykrytą rumianą puszystą bezą.

Wszystko sz
ło mi jak z płatka - ciasto się świetnie wałkowało, lekko je podpiekłam, nałożyłam pyszne kwaskowate nadzienie z cytrusową nutą, przykryłam pięknie ubitą bezą. Wspaniale pachniało podczas pieczenia, beza się znakomicie zrumieniła. Wyjęłam tartę z piekarnika i zaczęłam jej "cykać" zdjęcia. W pewnym momencie nastąpiła katastrofa. Nie wiem co za diabeł mnie podkusił, żeby wyjąć natychmiast gorące ciasto z blaszki. Chyba powodem była radość z nowej wygodnej foremki z ruchomym dnem. Zdjęłam więc bez kłopotów obręcz, postawiłam ciasto na paterze, a ono ni mniej ni więcej popękało i wspomniane pyszne rabarbarowe nadzienie zaczęło wdzięcznie wypływać na obrus. No cóż, za bezmyślność trzeba płacić... Jestem w stanie dać sobie głowę uciąć, że przestudzone ciasto zachowuje się normalnie, a co do smaku to sprawdziłam organoleptycznie - jest znakomity. Chrupki spód, kwaskowe i kremowe nadzienie, piankowa słodziutka beza. Może jednak mimo tego katastroficznego opisu ktoś się skusi.... :)

Tarta rabarbarowo-pomarańczowa z rumianą bezą

forma do tarty o średnicy 25-28cm

Spód:
200g mąki
25g drobno zmielonych orzechów
2 łyżki cukru
115g zimnego masła pokrojonego w kostkę
1 jajko, lekko roztrzepane
1 łyżka lodowatej wody (opcjonalnie)

Nadzienie i beza:
700g rabarbaru pokrojonego w kawałeczki
250g cukru
sok wyciśnięty z 3 pomarańczy (ok. 1 szkl) i skórka starta z 1 z nich
3 jajka
5 płaskich łyżek skrobi kukurydzianej (maizeny)

Spód:
Wsypujemy do malaksera mąkę, orzechy i cukier. Robimy kilka pulsów, żeby składniki się połączyły. Dodajemy masło i miksujemy pulsami, aż masa zacznie przypominać kruszonkę. Teraz dodajemy żółtko (białko zachowujemy do bezy) i miksujemy, aż ciasto utworzy kulę (jeśli składniki się nie łączą dodajemy po odrobinie lodowatą wodę). Wkładamy ciasto do zamrażalnika na 30 min. Następnie wałkujemy ciasto - ja to robię zawsze na silikonowej stolnicy, którą razem z ciastem odwracam do góry nogami i wykładam przygotowaną formę. Kładziemy na ciasto krążek papieru do pieczenia, obciążamy suchymi nasionami fasoli i podpiekamy w nagrzanym do 190ºC piekarniku.

Nadzienie:
W garnku z nierdzewnej stali pokrojony rabarbar posypujemy 6 łyżkami cukru i startą skórką pomarańczową. Odstawiamy na 15 min, aż puści sok. Dusimy pod przykryciem do miękkości. Do skrobi kukurydzianej dodajemy sok pomarańczowy i dokładnie mieszamy, żeby nie było grudek. Rabarbar zdejmujemy z ognia, natychmiast dodajemy sok ze skrobią i stawiamy ponownie na ogień, cały czas mieszając doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na mniejszym ogniu przez 1-2 min. Gdy masa lekko przestygnie dodajemy lekko ubite żółtka.

Beza:
Ubijamy 4 białka ze szczyptą soli, gdy się spienią ubijamy nadal powolutku po łyżce dodając cukier. Beza musi być sztywna i błyszcząca.

Na spód wykładamy nadzienie rabarbarowe i przykrywamy bezą. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180ºC przez ok. 25 min, aż beza ładnie się zrumieni.

21 komentarzy:

  1. Ja bym się skusiła, ale nie lubię bezy na ciastach owocowych ;-) Tzn lubiłabym, gdyby była chrupiąca i twarda, ale to chyba nie do osiągnięcia... Tak czy siak, Twoje ciasto wygląda pięknie :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. LOve the idea of the rhubarb combination with the orange juice...

    OdpowiedzUsuń
  3. Aga
    jak zwykle piękne to zdjęcie ,muszę iść do sklepu może maja jeszcze rabarbar
    A jak nie to za rok zrobię ,wydrukowałam sobie
    Margot

    OdpowiedzUsuń
  4. Lisko,
    też nie potrafię uzyskać takiej chrupiącej bezy. Ta tutaj jest raczej piankowa.

    Awoz,
    pomarańcze rzeczywiście fajnie podkreslają smak rabarbaru. Lubię go jeszcze w towarzystwie truskawek.

    Margot,
    cieszę się , że chcesz wypróbować tartę. Tylko pamiętak nie wyjmuj gorącej z foremki ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. U mnie zawsze kończy się z tą bezą tak, że nie najlepiej smakuje. Da się w niej wyczuć trochę jajkowy posmak...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. nie jestes badzo opóźniona, :)wczoraj wypatrzylam w sklepie rabarbar(a myslalam,że to już calkowity koniec sezonu rabarbarowego!)i z nieukrywaną radościa po raz kolejny zrobilam mufiny rabarbarowe...

    Z reszta podobnie u nas z truskawkami:na blogu o nich juz tylko marzę,podczas gdy dzien później pieke clafoutis z truskawkami,wypatrzonymi na straganie. Cuda sie zdarzają! ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. maaaaatko, gdyby nie Twój najnowszwy przepis na ciasto rabarbarowe pewnie bym nie znalazła tego przepisu!
    straaaasznie mi się podoba i ta pianka, to musi być przepyszne! spróbuję, jak tylko znajdę świeżutki rabarbar!

    OdpowiedzUsuń
  9. Kasiulu, tak właśnie pomyślałam, że czasem warto przypomnieć jakieś stare przepisy z czeluści bloga. Zwłaszcza gdy sezon rabarbarowy w pełni.:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Witaj:)
    Zrobiłam to ciacho. Jest przepyszszszne...!!! Najlepsze ciasto z rabarbarem jakie jadłam...!!! bardzo dziękuje za kolejny (udany!!!) przepis. Pozdrowienia serdeczne - ewelajna.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ewelajno, nawet sobie nie wyobrażasz jaką przyjemność sprawiają mi komentarze kogoś, kto wypróbował jakiś mój przepis i w dodatku mu smakowało. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. wiesz co..., Agnieszko, bo to jest tak, że nie sztuką jest napisać taki miły komentarz na temat zdjęć(choć to też sztuka zrobic takie ładne...:))czy pochwalić ciekawy przepis(choc zawsze to i tak miło...)ale milej jednak jest - tak mi sie przynajmniej wydaje - zastosować go i jeszcze cieszyć się, że smaczne. A wszystko dzięki Tobie...

    OdpowiedzUsuń
  13. Ewelajno, masz rację ja cieszę się bardzo z każdego komentarza, ale mam szczególną satysfakcję, gdy ktoś wypróbował przepis, efekt mu przypadł do gustu i jeszcze był tak miły, że o tym mi napisał. Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja już wypróbowałam - ciasto rewelacyjne - b. mi odpowiadaja Twoje smaki, a biorąc uwagę uzależnienie od czekolady i miłość do wszystkiego, co niezwykłe w kuchni czuję się Twoją duchową siostrą przy garnkach:)
    P.S. A propos wody różanej - żal mi było wyrzucić i zaczęłam dolewać ją do większości wypieków - efekt za każdym razem zaskakującym, zwykła babka nagle robi się cudownie egzotycznym ciastem. Szczególnie jak dorzucę dodatkowo kardamonu i anyżu... Pozdrawiam. Ola
    P.S. Nie wiem, czy znajomi zdążyli donieść - znalazłaś się na łamach Twojego Stylu:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Olu, rzeczywiście wyglada na to, że mamy szalenie podobne kulinarne upodobania.:) Dziekuję Ci za bardzo miły komentarz. Co do wody różanej, to ja się przekonałam do niej dzięki uwielbieniu dla kuchni arabskiej. I masz rację, że ona nadaje deserom zupełnie nowego "wymiaru". Podobnie jest z wodą z kwiatu pomarańczy, ale tę należy dawkować naprawdę w aptekarskich ilościach, bo można przedobrzyć i łatwo zepsuć smak.
    P.S. Tak, tak dniesiono mi już i nawet obdarowano egzemplarzem czasopisma, żebym miała na pamiątkę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Agnieszko, a co to ta skrobia kukurydziana? Mieszkam w Irlandii i muszę znaleźć odpowiednik... Czy mogę np. użyć corn flour (mąki kukurydzianej)? Jaką postać/ nazwę ma skrobia kukurydziana użyta w Twoim przepisie? Pozdrawiam, Małgosia

    OdpowiedzUsuń
  17. Małgosiu, wbrew pozorom zadałaś trudne pytanie. :) U Anglosasów jest straszne zamieszanie w słownictwie kukurydzianym. Tak naprawdę to skrobia kukurydziana powinna nazywać się cornstarch, ale oni czasami na nią mówią cornflour. Najlepiej zapytaj w sklepie czy nadaje się do zagęszczania potraw, jeśli tak to kupuj. U mnie w PT najpopularniejsza marka tej skrobi to Maizena i tak się utarło, że samą skrobię tak zaczęli nazywać. Może w Irlandii też jest maizena. W konsystencji skrobia powinna być podobna do mąki ziemniaczanej. Dlaczego nie mam pewności z cornflour - bo czasami podobno pod tą nazwą sprzedają zwykłą mąkę kukurydzianą (taką do wypieków), a nie skrobię. Dla ułatwienia ;) jest jeszcze cornmeal - kasza kukurydziana lub grubsza mąka. :) Kto by pomyślał, że może być tyle zawiłości w kulinariach.;)
    Mam nadzieję, że znajdziesz to co trzeba i będziesz mogła wypróbować ciasto. Serdecznie pozdrawiam i trochę się boję, że zamiast wyjaśnić to jeszcze bardziej zawikłałam temat. :(

    OdpowiedzUsuń
  18. Agnieszko, ślicznie Ci dziękuję za odpowiedź, ale rzeczywiście popadłam w konfuzję : ( Ta piękna tarta rabarbarowa chodzi za mną od jakiegoś już czasu, więc przepatrzyłam irlandzkie sklepy pod kątem skrobi k. i znalazłam jedynie tę corn flour. Nie wiem, czy to mąka do wypieków, czy zagęszczacz? W innym przepisie na danie z woka w Good Food dopatrzyłam się zastosowania corn flour jako zagęszczacza do sosu, więc pomyślałam, że może to właściwy trop? A w Polsce w jakiej postaci/ pod jaka nazwą/ gdzie kupuje się skrobię ziemniaczaną? Nie przypominam jej sobie ze sklepów, w polskich sklepach w IE też jej nie ma. Sprawdziłam 5 irlandzkich sklepów różnych sieci i nie maja nic poza corn flour. Czy myślisz, że mogę jej użyć? Albo mąki ziemniaczanej? Nie chcialabym zepsuc tak pieknego ciasta tym drobnym detalem, ktory nie daje mi spokoju... M.

    OdpowiedzUsuń
  19. Małgosiu, myślę, że jak będzie w dotyku jak mąka ziemniaczana to kupuj i na pewno będzie OK. Ja też mam wrażenie, że oni w kulinarnych książkach i czasopismach najczęściej mają na myśli skrobię jak piszą cornflour. W PL chyba też nie jest ją łatwo zdobyć, bo my się kochamy w mące (czyli też skrobi) ziemniaczanej. Już w poprzednim poście chciałam Ci napisać, że ewentualnie mogłabyś użyć ziemniaczanej, jednak boję się, że efekt będzie bardziej "kisielowy", a z kukurydzianą konsystencja jest przyjemniejsza taka bardziej "galaretkowa". Ja bym chyba zaryzykowała tą cornflour. Napisz mi jeszcze czy oni ją sprzedają w opakowaniach jak zwykłą mąkę czy w tekturowych małych kartonikach? Jeśli w tych drugich to prawie na pewno jest to skrobia.

    OdpowiedzUsuń
  20. Dzień dobry : ) Piękne słońce świeci od rana w Dublinie, ale później ma lać : ( Agnieszko, corn flour widziałam tylko w jednym sklepie, zapakowaną w foliowy woreczek, taki, jak czasem cukier puder lub sól : ) Więc chyba nie ułatwia nam to rozwiązania skrobiowej zagadki : ) Spróbuję jeszcze poszukać, może w jakichś etnicznych sklepikach lub delikatesach. Zgadzam się z Tobą co do mąki z. - użyłam jej ostatnio do zagęszczenia soku wiśniowego do tortu szwarcwaldzkiego - i faktycznie efekt był kisielowaty. Dam Ci znać o wyniku kwerendy! Na szczęście na wyspie rabarbar jest do kupienia, dużo trudniej upolować korzeń pietruszki czy bulwę selera : ) Za to, niestety, niestety, porzeczki, agrest, wiśnie, poziomki są nie do kupienia. Czasem migną mi porzeczki lub czereśnie w jakichś drogich delikatesach, pakowane w koszyczki wielkości pudełek od zapałek i kosztujące tyle, co trufle. Pozdrawiam, Małgosia

    OdpowiedzUsuń
  21. Małgosiu, ja bym zaryzykowała i kupiła, potem zobaczysz w dotyku czy to jest jak mąka ziemniaczana. :)
    Widzę, że mamy podobne problemy w sklepach. ;) U mnie korzeń pietruszki nie istnieje (od wielkiego dzwonu ze 2 x w roku bywa pasternak i nim się pocieszam), agrestu, wiśni i poziomek też nie widziałam tu nigdy, przenigdy. Korzeń selera, porzeczki, maliny, jeżyny i borówki amerykańskie często są do kupienia w lepszych sklepach, ale dokładnie tak jak napisałaś - w miniaturowych pudełeczkach i w horrendalnych cenach. Najśmieszniejsze jest to, że ja w PL nie przepadałam za selerem, pietruszką czy agrestem, a tu bym się dała za nie pokroić. :) Życzę powodzenia w kwerendzie. ;)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.