środa, maja 16, 2007

Europejski Festiwal Chleba

To już trochę stare dzieje, bo festiwal odbył się już w zeszłym miesiącu. Ja oczywiście, jak usłyszałam o nim w radio, natychmiast zarezerwowałam sobie czas w weekend, żeby nie przegapić takiej okazji. Impreza odbywała się w słoneczny kwietniowy dzień w Palacio Cristal, rzut beretem od naszego domu, tak że po odstawieniu Lukasza na żagle wybraliśmy się tam spacerkiem. Dotrzeć nie było trudno, można było w zasadzie iść z zamkniętymi oczami, prowadził nas zapach świeżo pieczonego chleba. Na miejscu oczywiście tłum ludzi.

Zacznę może od kilku rozczarowań. Otóż reprezentowanych było jedynie 9 krajów: Hiszpania, Francja, Luksemburg, Szwajcaria, Słowenia, Włochy, Holandia, Irlandia i oczywiście gospodarze. Najbardziej, jak się można domyślać brakowało mi piekarzy z Polski. Ale cóż, może z czasem się pojawią, bo festiwale mają się ponoć powtarzać. Drugim zdziwieniem była przytłaczająca przewaga bułek i słodkich wypieków nad normalnymi bochenkami chleba.

A teraz bardziej pozytywne spostrzeżenia. Bardzo mi się podobała możliwość podpatrywania piekarzy przy pracy. Na naszych oczach formowali bagietki, zwijali croissanty i wykrajali scones. Najważniejsze, że wszystkie świeżutkie wypieki można było kupić, a później już jak kto woli - delektować się nimi w festiwalowej kawiarni lub we własnym domu. My wybraliśmy oczywiście tę drugą opcję, bo przecież ja przed konsumpcją musiałam uwiecznić wszystko na zdjęciach dla potrzeb blogu. Teraz parę słów o poszczególnych stoiskach.
Francja:
Francuzi, jak to Francuzi pokazali klasykę, ale oprócz bagietek, było to bardziej w kierunku "pâtisserie" niż "boulangerie". Doskonałością były nieduże, lekkie i chrupiące croissants. O takie bardzo trudno w Portugalii, gdzie pod tym pojęciem rozumieją zazwyczaj drożdżową słodką i wściekle żółtą bułę z lepką i przezroczystą polewą na wierzchu. Dużo było też tarteletek z takiego "croissantowego" ciasta, obłożonych kremem budyniowym czy owocami. Wniosek jest jeden - Francuzi pokazali głównie pieczywo śniadaniowe i smakołyki z cukierni. Mimo bardzo dobrej jakości wypieków, brakowało mi niezmiernie możliwości degustacji np. takiego pain au levain czy pain de campagne.

Szwajcaria:
Tutaj też głównie na słodko, ale że dla mnie Szwajcaria to pod kątem drożdżowych wypieków terra incognita, to byłam zaciekawiona. Najsmaczniejsze były sfotografowane poniżej maślane bułeczki - pierwsza z masą marcepanową, a druga z orzechami i kawałkami toffi.


Luksemburg:
Zupełnie nieoczekiwanie maleńki Luksemburg zdobył u mnie palmę pierwszeństwa na tej imprezie. A patrząc jak znikało tam wszystko ze stoiska (chciałoby się napisać, że jak przysłowiowe świeże bułeczki ;) ) nie byłam chyba osamotniona w mojej opinii. Dużo widziało się pieczywa w stylu francuskim, co raczej nie dziwi, ale absolutnym hitem była moim zdaniem drożdżówka o nazwie schuedi (na zdjęciu poniżej). Miała mięciutkie i puchate ciasto i trzy dołki na wierzchu, na których spodzie była odrobina jakiegoś ni to kremu, ni to sosu (w typie budyniowym, ale z delikatnie słonawą nutką - może było tam wszędobylskie na zachodzie Europy solone masło ?). Na okoliczność tej drożdżówki godzinami przeszukiwałam później cały net. Owszem znalazłam potwierdzenie jej istnienia, ale nikt jak sieć długa i szeroka nie zająknął się o przepisie. Pozostaje chyba jechać do Luksemburga i zaprzyjaźnić się z jakimś piekarzem. Królestwo za schuedi !!!

Irlandia:
Irlandczycy zaproponowali, obok Francuzów i Włochów, chyba najszerszy wachlarz wypieków. I nie brakowało w zasadzie niczego co się z irlandzką piekarnią powszechnie kojarzy, na czele oczywiście z soda bread. Mieli też wyśmienite scones, z którymi natychmiast po powrocie do domu urządziliśmy sobie małe 5 o'clock tea.


Holandia:
Tu też nie wypatrzyłam ani jednego wytrawnego chleba, same słodkości. Zwłaszcza królowały różnego rodzaju zawijańce - z czekoladą, kremem budyniowym i rodzynkami.


Słowenia:
U Słoweńców pieczywo było głównie białe, ale za to zawsze z jakimś ciekawym dodatkiem - a to ser, a to orzechy, nie brakowało też siemienia lnianego. Te posypane sezamem bułeczki na ostatnim planie miały spory dodatek mąki kukurydzianej i przyznam szczerze, że był to jeden z lepszych wypieków z tą mąką jakie jadłam.


Włochy:
Włosi pokazali oczywiście pizze, focaccie, dużo słodyczy w tym biscotti i pączki (hmmm, .... bez nadzienia; najbardziej podobała mi się ich włoska nazwa - "bomboloni" ;) ). Pokazane wypieki były smaczne, ale gdzie się podziały te sztandarowe i klasyczne dzieła włoskich piekarzy - chleb toskański, pane di Altamura, pane carasau z Sardynii....


Portugalia:
Nie można pominąć oczywiście gospodarzy. Było wszystko czym dobra portugalska piekarnia może się poszczycić - uwielbiane powszechnie bułki pão d'avo, pão de mistura, najróżniejsze słodkie drożdżowe regeifas (ale i tak żadna nie dorównywała regeifa de canela -coś w kształcie wielkiego kołacza z cynamonem -którą całe lata kupowałam w São João de Madeira jeszcze gorącą i rzadko kiedy dojeżdżała do Porto w całości). Szczerze się przyznam, że nie odważyłam się na degustację chleba nadziewanego sardynkami. :)


Oprócz samych wypieków na Festiwalu chleba był konkurs na najpiękniejszą budowlę z ciasta. Poniżej nasza faworytka - misternie zdobiona słynna lizbońska Torre de Belem.


Mimo pewnych, wspomnianych powyżej, krytycznych uwag wyszliśmy z Palacio Cristal obładowani workami pieczywa, które potem z wielką przyjemnością degustowaliśmy. Mam nadzieję, że za rok impreza się powtórzy już w szerszym składzie, a przede wszystkim, że nie zabraknie na niej polskiego akcentu.

6 komentarzy:

  1. Po Twojej relacji juz zaluje, ze sie nie wybralismy. W przyszlym roku koniecznie..ale mi narobilas apetytu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Moze sie wcisniemy tam razem jako reprezentacja Polski :);)

    OdpowiedzUsuń
  3. dopiero teraz 'dotarlam' do tego posta... czy znalazlas juz przepis na te buleczki 'schuedi'? bo jesli nie, to na pocieszenie powiem, ze w Szwajcarii piecze sie cos co nazywa sie 'salée au sucre' i co wyglada na bardzo podobne, aczkolwiek w formie tarty
    sluze przepisem jesli masz ochote wyprobowac Agnieszko :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Beato, czy ja mam ochotę wypróbować? Ależ oczywiście!!! Nie znalazłam niestety dotąd na nie przepisu. Jak dla mnie mogą być w formie tarty, głównie chodzi mi o odtworzenie tego bajecznego smaku. Bedę bardzo wdzięczna jeśli zechcesz mi podesłać przepis do wypróbowania.

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja sie pochwale, ze znalazlem prawdziwe PANE CARASAU prosto z Sardynii na www.bellavitasardynia.pl pycha polecam

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam! A ja znalazlam cos takiego: paules.lu, luxemburger schuedi. Szkoda ze po niemiecku, bo nie znam, ale na zdjeciu bardzo ladnie sie prezentuje. Pozdrawiam, Oksana.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.