niedziela, listopada 11, 2007

Zielona zupa callaloo w Belize


Chyba organizatorzy naszego rejsu postanowili nam powolutku dawkować cywilizację, bo następnym portem po Roatanie było Belize. Największe miasto kraju o tej samej nazwie, które jeszcze do 1981 roku było brytyjską kolonią. Nieporównywalnie lepiej rozwinięte gospodarczo niż Honduras, ale poza główną metropolią (w której jak to śmiejąc się powiedział nam przewodnik istnieją 4 skrzyżowania z sygnalizacją świetlną) nadal niespecjalnie zniszczone przez przemysł turystyczny.

Autobusy na ulicach Belize-City.


Ruiny Majów.

To ostatnie widać zwłaszcza na wycieczkach w ruiny miast Majów. Trzeba wziąć pod uwagę, że my byliśmy co prawda poza sezonem, ale mimo to niezwykle było przyjemnie zwiedzać takie miejsca jedynie w grupie ok.15 osób. Dodatkowo mieliśmy przewodnika, który był archeologiem, biorącym udział w pracach w oglądanym przez nas Altun Ha, i z entuzjazmem oraz nie szczędząc czasu opowiadał nam o kulturze i cywilizacji Majów. Ruiny te odkryto stosunkowo niedawno, bo w 1963 roku i jak to w Ameryce Środkowej bywa w zasadzie przypadkiem. Jak się dowiedzieliśmy archeolodzy w Belize hołdują polityce konserwacji, a nie rekonstrukcji zabytków, jak to często się zdarza w krajach ościennych. A że największym wrogiem tych budowli jest wiatr i deszcz, często zostawia się je tutaj częściowo pokryte ziemią, jak nam powiedziano po to, aby przetrwały jeszcze przynajmniej tysiąc lat dla przyszłych pokoleń.



Oprócz reliktów kultury Majów mieliśmy też okazję zobaczyć trochę dzikiej fauny i flory Belize. Pojechaliśmy na wyprawę rzeką płynącą przez środek dżungli.


Ja ze swoją fobią do wszelkich owadów, gadów i płazów, byłam nastawiona nieco sceptycznie, ale okazało się, że jest to jednak niezapomniane wrażenie zobaczyć w naturze krokodyle, iguany, goryle i dziesiątki gatunków tropikalnych ptaków. Choć nadal będę się upierała, że niekoniecznie chciałabym spotkać na własnym pomoście o poranku takiego oto osobnika:




Wycieczkę zakończyliśmy świetnym lunchem w środku dżungli, na który składał się znakomicie (tak trochę w jamajskim stylu "jerk") przyprawiony pieczony kurczak, mnóstwo warzyw i oczywiście ryż z brązową fasolą z pieprzno-cynamonowymi akcentami.


Statek rybacki na Morzu Karaibskim.

A przed głównym daniem jedliśmy najbardziej zieloną zupę na świecie. Callaloo to dla mnie kwintesencja smaku Karaibów. Ponoć przywieziona przez afrykańskich niewolników w XVIII wieku i dostosowana do lokalnie dostępnych składników, w dodatku pełna ciemnoliściastych warzyw, tak modnych ostatnio i propagowanych przez współczesną dietetykę.

Ja spędziłam kiedyś długie godziny zakopana w książkach i w necie, próbując dojść do ładu z nomenklaturą odmian dostępnych w Portugalii przeróżnych kapustnopodobnych warzyw. Portugalczycy lubią jeść przeróżne ciemnozielone jarzyny, więc wybór mamy tu całkiem spory i grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Efekty moich poszukiwań nie były w pełni satysfakcjonujące, ale co nieco udało mi się w tej kwestii rozszyfrować i uporządkować we własnej głowie.

Ta zupa pochodząca z Antyli daje ogromne pole do popisu w trawiastozielonej kwestii. W oryginale wykorzystuje się, praktycznie niemożliwe do zdobycia w Europie (a może się mylę?), liście rośliny callaloo. Ale nie zniechęcajcie się tą drobną przeszkodą, skoro afrykańskim niewolnikom udało się transplantować tę zupę z Afryki na Karaiby, to i my sobie chyba poradzimy. ;)

Doskonale można zastąpić środkowoamerykańskie zieleniny każdą kapustą typu kale (w Portugalii to będzie couve galega), szpinakiem, rzeżuchą wodną (port. agrião), bok choy, a nawet kapustą włoską czy młodymi liśćmi rzepy (ang. turnip greens, port. nabiças lub grelos). Nie musimy tu hamować fantazji, im więcej gatunków warzyw wrzucimy tym lepiej. Wszystkie chwyty są dozwolone, byle były tylko zielone.;) Przedstawiam zatem europejską wersję zupy callaloo:

Zielona zupa callaloo z Antyli

1 łyżka oliwy z oliwek
2 drobno posiekane cebule
2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
3/4 kg mieszanych zielonych liściastych warzyw pokrojonych w paski *
3-4 młode cukinie
250g okry świeżej lub z puszki (opcjonalnie, można zamiast niej dać więcej cukinii)
1 zielona papryka chili drobno pokrojona (lub 1 łyżeczka zielonego sosu Tabasco)
1/2 l bulionu z kurczaka lub warzywnego

1/2 łyżeczki suszonego tymianku
1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego
sól i świeżo zmielony czarny pieprz do smaku
2 łyżki octu z białego wina
1 puszka mleka kokosowego (ok.400ml)

Do przybrania:
250g ugotowanego mięsa z krabów lub paluszków krabowych
3 łyżki szczypiorku
awokado pokrojone w plastry (opcjonalnie)

Na oliwie podsmażyć cebule i czosnek, następnie dodać liściaste warzywa, chili, okrę i cukinie, smażyć wszystko jeszcze ok. 10 min. Wlać gorący bulion. Dusić do miękkości. Zmiksować dokładnie zupę. Dodać tymianek, ziele angielskie, sól i pieprz. Doprawić octem, wymieszać. Wlać mleko kokosowe. Mocno podgrzać. Podawać zupę posypaną szczypiorkiem i mięsem z krabów. Do tego świeży chleb i jeszcze ewentualnie (żeby było bardziej zielono :) ) plastry awokado.

* tak jak wspomniałam można użyć:
kapusty typu kale (port. couve galega),
kapusty włoskiej
szpinaku
rzeżuchy wodnej
bok choy
młodych liści rzepy (ang. turnip greens, portugalskie grelos lub nabiças)

7 komentarzy:

  1. Ale ładnie się wygrzewa ten krokodyl :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Agusiu, zazdroszczę wrażeń. :) A te wszystkie gadziny...brrrr...przywołują u mnie dreszcze. Rozumiem, że do zdjęć zomma uzywałaś, nie było spotkań oko w oko?;-))

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet tele zooma, w dodatku z 300 ogniskową ;)
    Ale np. takie iguany to się w Meksyku "pasą" na trawnikach hotelowych, a niektórzy turyści to sobie robią zdjęcia z nimi owiniętymi wokól szyi...No ja do tej grupy turystów nie należę rzecz jasna.;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Agusiu piekne wakacje i piekna relacja. Okra bardzo mnie zainteresowala, nigdy o niej nie slyszalam. Bede musiala poszukac :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. U mnie jest okry w bród, no ale to z powodu afrykańskich że tak powiem koneksji Portugalii.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzień dobry! donoszę, że zupa wyborna. Musiałem wybrać wariant bezokrowy, ale nic to. Dużą pracę wykonuje ocet winny. MuitoO :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że smakowała. to jedna z moich ulubionych zup. Zapraszam jeszcze do nowego numeru Mojego Gotowania, gdzie będzie parę słów o Belize mojego autorstwa.

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.