sobota, grudnia 29, 2007

Ciepła sałatka z porami i oliwkami czyli jak odreagować Święta

Uwielbiam świąteczne jedzenie, szykuję go zawsze dużo (czytaj zbyt dużo), a potem od Wigilii do drugiego dnia Świąt tym wszystkim się delektujemy. Biesiadujemy z wielka przyjemnością, ale już tak w okolicach 28 grudnia nikt w domu nie może na bożonarodzeniowe potrawy patrzeć, mimo ich dużego wyboru. Ciekawe czy Wy też tak macie? Mój organizm zaczyna się wręcz domagać czegoś bez grzybów, bez kapusty, bez maku, bez miodu, bez bakalii, a jednocześnie nie będącego pieczonym mięsem ani rybą. Mam wizje śródziemnomorskiego jedzenia, obfitującego w warzywa (zwłaszcza pomidory widzę we śnie i na jawie). Chodzą za mną również sery, których w Święta w zasadzie nie jadamy.

Aby więc odreagować bożonarodzeniową obfitość i zaspokoić warzywne zachcianki zrobiłam dziś sałatkę. Ale, że zima w pełni jest to danie na ciepło. Sięgnęłam do książki "Cooking"Australijki Donny Hay - niezrównanej, jeśli chodzi o proste, a zarazem pomysłowe dania. Ja sałatkę nieco wzbogaciłam dodając ... no oczywiście pomidory i zmniejszając o połowę ilość oliwek - w oryginale są ich aż 2 szklanki. Oboje z Maciejem co prawda jesteśmy oliwkowymi maniakami, ale mimo wszystko ta ilość wydała mi się nieco przesadzona. Zwłaszcza, że ja zamierzałam użyć głównie greckich oliwek tzw. "dry-cured", o intensywnym, mocno dymnym aromacie.

Smaki wszystkich składników bardzo ładnie tu ze sobą współgrają, a dodatek octu balsamicznego wieńczy dzieło. Bardzo polecam to danie jako odtrutkę na bigosy, grzybowe uszka, majonezowe sałatki, keksy i makowce, wszystkim tym, którzy kochają Święta, ale przez ściśle limitowany czas. ;)


Ciepła sałatka z porami i oliwkami

2/3 szkl czarnych greckich oliwek bez pestek
1/3 szkl zielonych oliwek bez pestek
1 łyżka oliwy
4 małe pory przekrojone wzdłuż
2 łyżki świeżego lub 1 łyżka suszonego oregano
1 łyżka soku świeżo wyciśniętego z cytryny
2 łyżki octu balsamicznego

2 papryki (1 żółta, 1 zielona) opieczone w piekarniku, bez skóry, pokrojone w paski
150g pomidorów czereśniowych przekrojonych na połówki
200g ricotty w kulkach lub fety albo koziego sera pokrojonego w większą kostkę
grubo zmielony pieprz
kilka listków bazylii

Na oliwie usmażyć pory, aż będą miękkie i zrumienione. Dodać oliwki, oregano, sok cytrynowy i ocet balsamiczny i smażyć jeszcze przez 2-3 min. Zdjąć z ognia, wymieszać ostrożnie z serem, papryką, pomidorami , pieprzem i bazylią. Podawać z chrupiącym wiejskim chlebem.

niedziela, grudnia 23, 2007

Boże Narodzenie 2007


To już drugie Boże Narodzenie od kiedy jestem blogowiczką...bloggerką...coś nie potrafię się dzisiaj wysłowić - no w każdym razie to już kolejne Święta od kiedy piszę swój blog. Jak ten czas leci.... Pewnie tak jak i ja jesteście dzisiaj bardzo zabiegani, w wirze świątecznych przygotowań, starając się dopiąć wszystko na ostatni guzik. Ale może ktoś zajrzy tu, żeby na chwilę odsapnąć. :)

Już tradycyjnie, tak jak i w zeszłym roku, chciałam życzyć wszystkim moim czytelnikom i przyjaciołom najpiękniejszych Świąt. Mam nadzieję, że będzie to Boże Narodzenie, jakie każdy z Was sobie wymarzył - nastrojowe, w rodzinnej ciepłej atmosferze, z tradycyjnymi pysznościami na stole i trafionymi prezentami pod choinką.

U góry załączam zdjęcie - podobno najwyższej w Europie - choinki, stojącej na Praça dos Aliados w centrum Porto. Pogoda u nas - jak zresztą łatwo przewidzieć - niestety niezbyt zimowa. :)

środa, grudnia 19, 2007

Niby nic istotnego czyli sos tatarski



Gdybyśmy zaczęli wymieniać bez czego nie wyobrażamy sobie świąt Bożego Narodzenia lista pewnie byłaby długa. Na jej czele królowałaby pewnie choinka, opłatek, pierniczki, sianko pod obrusem, makowce, uszka, wigilijne ryby. Wymieniać można prawie w nieskończoność. Zabawne, że czasami nie możemy się również obejść bez jakichś drobiazgów, które wśród zalewu świątecznych pyszności wydaja się nieistotne, ale gdyby ich zabrakło natychmiast byśmy ich nieobecność dotkliwie poczuli.

U nas w domu przykładem na takie niby nic nie znaczące, a dopełniające świątecznej tradycji dodatki są dwa sosy - chrzanowy i tatarski. Ten ostatni w ciągu wielu lat tak w naszej rodzinie ewoluował, ze chyba daleko odszedł od receptury podawanej w klasycznych polskich książkach kucharskich. Rodem jest on ponoć nie z kuchni polskiej, ale z tradycji w którą ta ostatnia przez długie wieki była z uwielbieniem zapatrzona - z cuisine française, gdzie nosi nazwę sauce tartare. Skąd ta nazwa? Czyżby miała coś wspólnego z grożącymi niektórym staropolskim domostwom na południowo-wschodnich kresach Tatarami.... Jeśli tak jest w istocie (kilka źródeł  taką etymologię podaje) to może jednak Polacy mieli jednak jakiś udział w odkryciu tego sosu. Bez względu na rodowód, zapraszam do wypróbowania mojej wersji sosu tatarskiego, znakomitego zwłaszcza do ryb i pieczonych mięs na zimno.



Sos tatarski

1/2 szkl majonezu
1 łyżka chrzanu
1 łyżeczka musztardy
4 łyżki kwaśnej gęstej śmietany
1 ogórek konserwowy obrany ze skórki i pokrojony w drobną kostkę
3 małe grzybki w occie drobno posiekane w kostkę
1 łyżeczka ziarenek zielonego pieprzu z zalewy
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanego szczypiorku
1 łyżka posiekanego koperku
sól, cukier do smaku

Wymieszać ze sobą wszystkie składniki sosu. przechowywać w lodówce w szczelnie zamkniętym szklanym pojemniku.

niedziela, grudnia 16, 2007

Czekoladowa krajanka z marcepanową skorupką



Marcepan i czekolada to klasyka sama w sobie. Muszę się przyznać, że ja przez wiele wiele lat marcepana nie lubiłam. Do tego stopnia, że wstyd się przyznać ale w dzieciństwie nadgryzałam czekoladki z bombonierki i gdy się okazało, że były z marcepanowym nadzieniem, już więcej ich nie tykałam. Właściwie dopiero od kilku lat doceniłam marcepan. Przyczyniły się do tego 2 smakołyki : słynne czekoladki "Mozart Kugeln" i fenomenalna piernikowa krajanka Ani-Bajaderki z marcepanowym nadzieniem.

Od kiedy skosztowałam tych smakołyków posypała się marcepanowa lawina i odtąd ekscytuję się każdym nowym przepisem z marcepanem. I sama nie mogę zrozumieć siebie z przeszłości i własnej marcepanowej niechęci. Mam co prawda pewne podejrzenia, otóż przypuszczam, że awersję do tej cudownej migdałowej masy powodował aromat migdałowy, królujący przez lata w polskich cukierniach i w popularnych czekoladkach. Był on tak intensywny i dla mnie nieakceptowalny, że nie pozwalał mi się rozkoszować delikatnym smakiem migdałów. Do dziś obchodzę ten sztuczny zapach z daleka, a we własnej kuchni stosuję naturalną esencję migdałową i muszę otwarcie powiedzieć, że jest to zupełnie inna bajka.

Dzisiejszy przepis od kilku już lat czekał w kolejce na wypróbowanie w sezonie świątecznym. Bo czyż migdały nie są jednym ze smaków Bożego Narodzenia? Portugalczyk powie, że nie. Dla niego migdały to wyłączny emblemat Wielkanocy. Ale my Polacy chyba nie mamy takich uprzedzeń. Dla nas wszelkie bakalie królują w kuchni w czasie obu tych pięknych świąt. A tak nawiasem mówiąc to ta krajanka poradziła by sobie chyba i w roli mazurka. ;)


Czekoladowa krajanka z marcepanową skorupką

blaszka 23x33cm

Kruchy spód:
150g mąki
50g cukru pudru
25g ciemnego kakao
szczypta soli
115g masła, zimnego i pokrojonego w kostkę
1/2 łyżeczki esencji migdałowej

Nadzienie:
150g dżemu malinowego bez pestek (ten z pestkami można przetrzeć przez sitko)
1 łyżka likieru malinowego
175g pastylek z gorzkiej czekolady (chocolate chips) lub pokruszonej na kawałki czekolady

Polewa:
175g drobno zmielonych migdałów
4 białka
szczypta soli
175g drobnego cukru
1/2 łyżeczki esencji migdałowej
50g płatków migdałowych

Kruchy spód:
Nagrzewamy piekarnik do 160ºC. Blaszkę wykładamy lekko natłuszczoną folią aluminiową. Przesiewamy (koniecznie!) ze sobą mąkę, kakao, cukier i sól. Dodajemy masło i esencję migdałową i zarabiamy kruche ciasto. Wylepiamy nim spód blaszki i pieczemy przez ok. 15min. Po wyjęciu ciasta zwiększamy temperaturę piekarnika do 190ºC.

Nadzienie:
Na upieczone ciepłe ciasto rozsmarowujemy dżem wymieszany z likierem. Na wierzch sypiemy pastylki czekoladowe lub kawałki czekolady.

Polewa:
W malakserze lub mikserze z końcówką do wyrabiania ciasta miksujemy wszystkie składniki polewy oprócz płatków migdałowych. Masę rozprowadzamy dokładnie na wierzchu nadzienia, tak żeby pokryła całą powierzchnię ciasta. Posypujemy płatkami migdałowymi i zapiekamy w piekarniku przez ok. 20-25min aż wierzch się zezłoci.

środa, grudnia 12, 2007

Szał ciasteczkowy - Cynamonowe gwiazdki z cytrusową nutką



Dzisiaj upiekłam kolejne adwentowe ciasteczka. Tym razem z bardzo bożonarodzeniowymi składnikami. Bo cóż może się bardziej kojarzyć ze Świętami niż cynamon i cytrusy. Zwłaszcza te ostatnie. Zwłaszcza dla Polaków. Pamiętacie czasy jak były dostępne tylko raz do roku? Właśnie na Boże Narodzenie ludowa władza litowała się nad narodem i do portów zawijały statki pełne cytrusów. Potem stało się w wielogodzinnych kolejkach, bo rzucili pomarańcze... Wtedy jako dziecko myślałam, że nam komuniści taką niespodziankę na Święta robili, dopiero po wielu latach zrozumiałam, że w tym okresie cytrusy były po prostu najtańsze, bo był na nie sezon. Ale tak mi już od tamtych czasów zostało, że muszę mieć na każde Boże narodzenie stosy mandarynek i pomarańczy.

Same ciasteczka są bardzo łatwe do zrobienia, kruchutkie i pięknie pachnące. Gwarantuję świąteczny zapach w całym domu, który może nawet zwabić sąsiadów. ;)




Cynamonowe gwiazdki z cytrusową nutką

ok. 50 sztuk

250 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka cynamonu
90g brązowego jasnego cukru

100g zimnego masła
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 duże jajko, rozdzielone na żółtko i białko

Do posypania wierzchu:
2 łyżki cukru
1/2 łyżeczki cynamonu

Wymieszać w misce mąkę z proszkiem, sodą, cynamonem i brązowym cukrem. Wetrzeć do mąki masło w kawałeczkach. Dodać soki cytrusowe, żółtko i tylko tyle białka ile potrzeba do wyrobienia ciasta (zostawić resztę białka do posmarowania ciastek). Zagnieść ciasto. Włożyć kulę ciasta zawiniętą w folię spożywczą co najmniej na 1 godz. do lodówki. Nagrzać piekarnik do 190ºC. Wałkować ciasto na grubość ok. 0,5cm. Wycinać gwiazdki, smarować ich wierzch lekko ubitą resztką białka, układać na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i posypać cukrem wymieszanym z cynamonem. Piec aż będą złociste, przez ok. 8-12min w zależności od wielkości ciasteczek.

niedziela, grudnia 09, 2007

Szachownica makowo-kokosowa


Na Boże Narodzenie, w przeciwieństwie do pozostałej części roku, staję się w kuchni tradycjonalistką i oprawa Świąt jest u nas w domu stosunkowo "ortodoksyjna". Odkąd żyjemy na obczyźnie oczywiście toczę jeszcze nieustającą walkę, aby wszystkie potrawy miały jak najbardziej oryginalnie polski smak. Mamy dość stały, obowiązkowy wręcz zestaw dań, wynikający z kresowych tradycji naszych rodzinnych domów, ale poza nim nasze menu trochę z roku na rok ewoluuje. Dotyczy to zwłaszcza różnych wersji klasycznych przepisów na świąteczne ciasta, wypróbowywanych przeze mnie w ciągłym poszukiwaniu tego jednego jedynego najdoskonalszego smakowo. Tak dzieje się z przepisami na serniki i pierniki, ciągle szukam ideału. Czasem jednak sięgam po przepisy z jakimś klasycznym świątecznym składnikiem, ale trochą łamiące tradycję. Tak jest w przypadku dzisiejszego ciasta z makiem.

Przepis na nie znalazł się tu na prośbę kilku osób z forum MniamMniam. Dzieliliśmy się tam naszymi planami na świąteczne wypieki i ja rzuciłam hasło szachownicy makowo-kokosowej, która spotkała się z zainteresowaniem. Robiłam to ciasto 2 lata temu na Boże Narodzenie i wywołało dość duży entuzjazm wśród domowników i zaproszonych gości. W każdym razie zniknęło jako pierwsze ze wszystkich wypieków, właściwie to w oka mgnieniu. W zeszłym roku wróciłam jednak do klasyki i była tradycyjna makowa strucla, ale na Święta Anno Domini 2007 będzie chyba ponownie szachownica. W końcu każda rodzina i każdy dom tworzy z czasem swoje własne świąteczne tradycje i u nas do kanonu najwyraźniej wejdzie to ciasto z tradycyjnie świątecznym makiem i nieco mniej typowym na te okazje kokosem.

Przepis pochodzi z kuchennego zeszyciku mojej Mamy (chyba wszystkie mamy mają takie bezcenne notatki, prawda?). Mam poważne podejrzenia, że dostała go ona od zaprzyjaźnionej gospodyni z Kaszub, do której w letnie wakacyjne wieczory chadzaliśmy po mleko. Zdjęcie jest już dość wiekowe, musicie mi wybaczyć, bo ciasto będę piec tuż przed Świętami, a chciałam podzielić się tym przepisem z wyprzedzeniem, gdyby ktoś - tak jak ja - zdecydował się na bożonarodzeniową rewolucję i chciał obalić rząd miłościwie nam panujących makowych strucli.



Szachownica makowo-kokosowa

prostokątna foremka o wymiarach 23x35cm

Kruche ciasto:
600g mąki
4 łyżki cukru pudru
250g masła
6 żółtek
3 łyżki kwaśnej śmietany
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki kakao

Warstwa makowa:
300g maku
2 jajka
1/2 szkl cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (opcjonalnie)

Warstwa kokosowa:
6 białek
1 szklanka cukru
1 op cukru waniliowego
200g wiórków kokosowych

250g powideł śliwkowych lub morelowych

Ciasto:
Zagnieść kruche ciasto ze wszystkich składników oprócz kakao (najlepiej to zrobić w malakserze). Podzielić ciasto na 3 części. Do jednej z nich dodać kakao. Każdą z części owinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki na min. 1 godz.

Warstwa makowa:
Mak sparzyć i zmielić 3 razy w maszynce do mięsa. Utrzeć mikserem żółtka z 1/4 szkl cukru aż będą kremowe i puszyste. Dodać proszek do pieczenia, ekstrakt migdałowy i mak. Dokładnie wymieszać. Ubić białka na sztywną pianę z resztą cukru i delikatnie wmieszać do masy makowej.

Warstwa kokosowa:
Białka ubić z cukrem i cukrem waniliowym na sztywną pianę. Delikatnie wymieszać z kokosem.

Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Natłuszczoną i wysypaną bułką tartą foremkę wykładamy rozwałkowaną jedną częścią jasnego kruchego ciasta i smarujemy je powidłami. Na nie wykładamy ukośnymi pasami (o szerokości ok. 3cm każdy) na przemian masę makową i kokosową. Na to ścieramy na grubej tarce ciasto kakaowe. Na ciemne ciasto ponownie układamy pasy masy kokosowej i makowej (ma wypadać mak nad kokosem i kokos nad makiem, tak aby utworzyły szachownicę). Na wierzch ścieramy na tarce drugą część jasnego ciasta. Pieczemy przez ok. 60 min aż wierzch się zezłoci.

środa, grudnia 05, 2007

Szał ciasteczkowy - prążkowane ciasteczka wiśniowe


Przez cały rok piekę w zasadzie stosunkowo niewiele ciasteczek. Jeśli już się zdecyduję to zwykle na coś w rodzaju chocolate chip cookies, albo na jakieś równie proste nakładane łyżką prosto na blaszkę. Ale gdy nadchodzi grudzień, a z nim Adwent i oczekiwanie na najpiękniejsze święta w roku - wszystko się zmienia. Zaczynam krążyć jak lew koło wszelkich "cookie bibles" i ciągnie mnie jak magnes do stron internetowych pełnych małych pieczonych słodkości.

To już stało się tradycją, że umilamy sobie ten, tutaj zwykle deszczowy, grudzień wyciąganymi po kilka razy w tygodniu z piekarnika stosami ciasteczek. A że pora sprzyja przedświątecznym spotkaniom i przyjęciom, które zwykle łączą się również z drobnymi upominkami to fakt ten napędza jeszcze mój tytułowy szał ciasteczkowy. Nie znam osoby, która nie zachwyciłaby się takim własnoręcznie wykonanym pachnącym, chrupiącym i smakowitym prezentem.

Dzisiejsze ciasteczka robiłam już na ubiegłoroczne Boże Narodzenie, ale jakoś w przedświątecznym zamieszaniu zapomniałam tu o nich napisać. Skusiły mnie swoją ładną formą. Wymagają trochę cierpliwości, bo ciasto musi dwukrotnie odpoczywać w zamrażalniku, po to żeby można im było potem nadać właściwy kształt. Atrakcją jest wiśniowe nadzienie, a same ciasteczka są bardzo chrupiące. Przepis pochodzi ze strony Marthy Stewart. Jest jak zwykle nieco przeze mnie zmodyfikowany. Przede wszystkim nie dodawałam do nadzienia cukru, bo wydaje mi się wystarczająco słodkie, poza tym wolałam aromat cytrynowy zamiast migdałowego.




Prążkowane ciasteczka wiśniowe

36 sztuk (ok. 2 duże blaszki)

Nadzienie:
3/4 szkl suszonych wiśni
1/3 szkl dżemu wiśniowego
1/2 łyżeczki ekstraktu cytrynowego

Ciasto:
1 i 1/4 szkl mąki
1/2 szkl żółtej drobnej mąki kukurydzianej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
115g masła w temperaturze pokojowej
1 szkl cukru
1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Nadzienie:
Do malaksera wrzucamy suszone wiśnie i dżem. Miksujemy na dość gładką pastę. W małym garnuszku podgrzewamy, ciągle mieszając, aż się zagotuje. Zdejmujemy z ognia, dodajemy ekstrakt cytrynowy. Zostawiamy do ostygnięcia.

Ciasto:
Mieszamy w misce mąkę, mąkę kukurydzianą, proszek do pieczenia i sól.
Mikserem ubijamy masło z cukrem na gładki krem. Dodajemy jajko i wanilię nadal miksując.
Na niskich obrotach miksera dosypujemy partiami mieszankę mąk. Krótko mieszamy, aż do połączenia składników.

Dzielimy ciasto na 4 równe części. Wałkujemy każdą część na prostokąt (ok.23-25cm x 10 cm, 1 cm grubości) pomiędzy 2 arkuszami papieru do pieczenia. Układamy placki jeden na drugim, przełożone arkuszami papieru do pieczenia i w blaszce przenosimy na 45-60min do zamrażalnika.

Wyjmujemy ciasto z zamrażalnika. Zdejmujemy papier z części ciasta. Równomiernie rozsmarowujemy 1/3 nadzienia na pierwszej warstwie ciasta. Nakładamy na nie drugi prostokąt ciasta i ponownie rozsmarowujemy masę. Powtarzamy czynności z kolejną warstwą ciasta. Ostatnią warstwę zostawiamy nieposmarowaną.

Ponownie wkładamy ciasto z nadzieniem do zamrażalnika na 1-1,5 godz.
Rozgrzewamy piekarnik do 180ºC. Wykładamy blaszki papierem do pieczenia.
Po wyjęciu ciasta przycinamy równo brzegi, żeby mieć ładną cegiełkę. Kroimy ja w poprzek na 0,5 cm plastry. Układamy je na blaszkach, pozostawiając wolne ok. 5cm przestrzenie między ciasteczkami. Pieczemy, aż się zezłocą wokół brzegów przez ok. 12-15min. Przechowujemy w puszkach do 2 tygodni.

sobota, grudnia 01, 2007

Słoneczny cobbler w Nowym Meksyku


Dziś już ostatni dzień zwiedzania i ostatni dzień moich wakacyjnych wspomnień. Docieramy do hotelu w Farmington. To małe miasteczko niedaleko tzw. Four Corners, czyli miejsca, gdzie jak wspominałam spotykaj się granice 4 stanów USA. Miasteczko jest małe i niepozorne, ale po 400 km przebytego przez nas kompletnego pustkowia sprawia dobre wrażenie.
Jesteśmy znowu w Nowym Meksyku. Tereny są już nieco bardziej zamieszkałe. W oddali majaczy Santa Fe Forest, zalesione góry na wysokości 4000 m. W południe spotykamy pierwsze puebla, czyli małe wioseczki indiańskie, położone na niewielkich wzniesieniach i odrestaurowane w indiańskim stylu domki. Wszędzie na straganach wiszą papryki hatch chile. Znów jest gorąco, 26ºC. Na pastwiskach widać gdzieniegdzie bizony.
Dojeżdżamy do przemieść Albuquerque. To tutaj między innymi dotarł w 1540 roku Hiszpan Coronado szukając słynnych Siedmiu Złotych Miast Cibola. Skręcamy na północ na Interstate 25 i po 15 milach zjeżdżamy do Tent Rocks National Monument. Pieszy szlak ma około 3 km. Ruszamy łagodnie w górę. Wchodzimy do kolejnego wąziutkiego "slot canyon". Potem wspinamy się tym razem trochę ostrzejszym podejściem.
Utworzone z białych skał pumeksowych stożkowe góry wyglądają niesamowicie. To taka amerykańska wersja tureckiej Kapadocji. Robimy fotki. Nieudanie próbujemy zaskoczyć amerykańskie wiewiórki ( te śliczne z "gatunku" Chip and Dale ), lecz uciekają zanim założymy teleobiektyw.
Meldujemy się w hotelu w Albuquerque. Potem księgarnia "Barnes & Nobles" ( ładnych parę godzin ;) ) i Applebee´s. Wyruszamy wieczorem zwiedzać stare miasto. Na standardy europejskie to właściwie nic szczególnego - najstarszy kościół ma jedynie 300 lat, ale jest tu za to bardzo stylowo, wręcz przeuroczo. Takie zakątki jak poniżej spotyka się na każdym kroku.

Słońce zachodzi a my dalej włóczymy się po mieście, kontynuujemy robienie zdjęć i zakupy w małych sklepikach z rękodziełem i specjalnościami stanu New Mexico. Wracamy do hotelu starą Route 66 - doprawdy nie wiem skąd u nas taki sentyment do tej amerykańskiej drogi-legendy.

A że to już ostatni odcinek wakacyjnych wspomnień, postanowiłam sobie nieco osłodzić pourlopową nostalgię. Cóż może się do tego nadać jak nie deser z brzoskwiń hodowanych od wieków przez Indian Navajo, będący jednocześnie klasyką współczesnej amerykańskiej kuchni. Zapraszam na znakomity peach cobbler, który w moim wydaniu jeszcze ewoluował w stronę tropików, bo dodałam do niego oprócz brzoskwiń owoc mango i pomarańczę. Oczywiście z owocami można dowolnie eksperymentować, zamiast brzoskwiń świetne również będą morele.
Cobbler w kolorze słońca

750g brzoskwiń (ok. 3-4 całe owoce), bez skóry i pokrojonych w cząstki
1 mango obrane i pokrojone w kawałki
1 pomarańcza, z okrojoną skórą, pokrojona w poprzeczne plastry, a następnie w ćwiartki
1 łyżka soku świeżo wyciśniętego z cytryny

Ciasto:
90g masła
160g cukru
1 jajko
125g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Nagrzewamy piekarnik do 190ºC. Na dnie wysmarowanej masłem żaroodpornej foremki rozkładamy owoce wymieszane z sokiem cytrynowym. Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia. Mikserem ubijamy mas
ło z cukrem na kremową masę. Następnie dodajemy jajko i miksujemy kolejną minutę. Teraz dosypujemy mąkę i ubijamy na małych obrotach miksera aż składniki się połączą. Wykładamy ciasto łyżką na owoce, nie starając się zakryć dokładnie całej powierzchni. W czasie pieczenia owoce muszą mieć miejsce, żeby bulgotać przez dziury w cieście. Pieczemy ok. 40min aż wierzch będzie złocisty. Cobbler podajemy ciepły w towarzystwie bitej śmietany lub sosu waniliowego.

środa, listopada 28, 2007

Indiański gulasz w krainie Navajo

Dwa sąsiadujące ze sobą kaniony: Upper i Lower Antelope Canyons, są na pierwszym miejscu naszej listy "Cuda świata". W niektórych godzinach dnia, na krtgótko wpadają do niego promienie słońca wywołując efekt widziany na powyższym ujęciu. Unoszący się pył z okolicznej pustyni daje dodatkowo opalizujący efekt.

Dzisiaj chciałam napisać parę słów o miejscu, dla którego właściwie wybraliśmy się na te wakacje - są to kaniony Lower i Upper Antelope w Arizonie.

Dojeżdżamy do Lower Antelope Canyon w gorący listopadowy dzień o 9.00, ale wejście jest jeszcze zamknięte. Oba kaniony znajdują się na terenie ogromnego rezerwatu Indian Navajo. Dwóch młodych indiańskich chłopaków prosi nas o poczekanie pół godzinki. Coś takiego jest zaskakujące w Ameryce, ale na tym terenie obowiązują przecież prawa plemienne. Jeździmy więc po okolicy robiąc zdjęcia, innych pięknych widoków zresztą nie brakuje. Jesteśmy przecież niedaleko 4 corners (punktu gdzie stykają się granice 4 stanów: Utah, Colorado, Arizony i New Mexico), miejsca aż najeżonego atrakcjami turystycznymi przez duże "A".

Tu w okolicach są już znane nam Grand Canyon i słynna z westernów Monument Valley. Ale my chcemy zobaczyć tylko nasz wyśniony Antelope i może jeszcze spektakularny podkowiasty zakręt ("horseshoe bend") rzeki Colorado.

Wracamy po 2 kwadransach do kanionu, parkujemy samochód, płacimy fee i dodatkowo opłatę za wkroczenie na tereny indiańskie. Pieszo idziemy ok. 100 m. Indianin pokazuje nam wąziutką szparkę w ziemi i mówi, że tutaj jest wejście. Szczelina ma miejscami nie więcej niż pół metra. Z zewnątrz nie prezentuje się okazale, powiedziałabym , że raczej klaustrofobicznie. Ale wewnątrz.... sami spójrzcie na zdjęcia, choć i im daleko do odbieranej gołym okiem rzeczywistości.
Oprócz nas są w kanionie ze 4 osoby - akustyka przedziwna - oni są na przeciwległym końcu wąwozu a wydaje się jakby byli za najbliższą skalną ścianą. Momentami jest bardzo wąsko - jedynie kilkadziesiąt centymetrów, trzeba przeskakiwać przez skały podtrzymując się rękami o ściany kanionu. Ustawiamy aparat i robimy chyba z 200 zdjęć.

Mimo, że to listopad udaje nam się zarejestrować bardzo pożądane fotograficznie zjawisko - promień słońca wpadający z góry na dno kanionu.

Przy wyjściu z Lower Antelope stoi tablica pamiątkowa: tutaj w 1997 roku zginęła spora grupa turystów (głównie z Europy): zaskoczeni nagłą ulewą w wąskim kanionie po prostu utonęli.

Po 10 minutach dojeżdżamy do Upper Antelope Canyon. Tu musimy czekać na transport do wejścia do kanionu. Indianie nie pozwalają prywatnym samochodom wjeżdżać na teren. Nudę zabijamy rozmawiając z indiańską przewodniczką, która żali się, że młodzi Indianie nie chcą uczyć się języka Navajo. Zna dobrze "polish sausage", ale nie wie, gdzie leży nasz kraj. My tłumaczymy, ze Europa Wschodnia, Polska, a ona pyta czy to Rosja.... Ale nie zżymajmy się: co przeciętny Europejczyk wiem o narodzie Navajo ?

Wreszcie ruszamy rozklekotanym jeepem do kanionu. Jedziemy wyschniętym, piaszczystym korytem rzeki, momentami mamy wrażenie że jeep się zakopie i stanie, a my będziemy musieli go w tym upale pchać. Indianka narzeka na zapalonych fotografów, którzy zamiast przepisowej godziny, usiłują przedłużyć sobie wizytę w kanionie.


Po 10 minutach zatrzymujemy się przed nieco szerszą niż poprzednio szczeliną skalną, tym razem nie jest położona w dnie rzeki tylko pomiędzy otaczającymi to dno skalnymi ścianami. Wchodzimy i znowu.... widoki absolutnie zapierają nam dech w piersiach. Jest magicznie, wspaniale, pięknie, ciekawie... i jak to pyta pani nauczycielka w pewnej słynnej polskiej dobranocce dla dorosłych...."I jak jeszcze Czesiu?" na co uczeń odpowiada - "Zaje....." Faktycznie trochę brakuje człowiekowi przymiotników. ;)

Indianka mówi, że mamy szczęście być tutaj po sezonie. W lipcu i sierpniu jest tyle ludzi, że nie można się przecisnąć ! Oczywiście jeszcze trudniej zrobić zdjęcia. Oprócz nas kręcą się zresztą po kanionie uczestnicy tzw. photo tours. Wszyscy obwieszeni super aparatami (jeden Niemiec miał jedynie ze 3 na szyi), ze statywami ważącymi chyba po 5kg, specjalnymi plecakami na obiektywy i wszyscy w specjalnych kamizelkach zaprojektowanych do przechowywania reszty foto-gadżetów. Zaczynamy wydawać się sobie trochę śmieszni z naszym leciutkim i poręcznym statywem i jedynie 2 obiektywami, z których zresztą w kanionie użyliśmy tylko jednego. Poniżej na zdjęciu duchy w kanionie, niektóre nawet przyszły straszyć ze statywami. ;)

Z żalem po godzinie opuszczamy Górny Kanion Antylopy. W głosowaniu jednomyślnie orzekamy: kanion jest od dziś na pierwszym miejscu naszej prywatnej listy "cudów świata".

Wracamy do Page i dojeżdżamy do punktu widokowego: przed nami, a raczej pod nami Marble Canyon rzeki Colorado, pionowe kilkusetmetrowe ściany kanionu, w dole turkusowa rzeka i niedaleko gigantyczna zapora wodna. I znów zapiera nam dech w piersiach.


Horse shoe bend - rzeka Kolorado.

Nieco dalej na południe stajemy na małym parkingu w środku pustyni. Ruszamy pieszo i po około 1 kilometrze docieramy do krawędzi kanionu rzeki Kolorado. Przed nami Big Bend. Wokół pusto, jedynie kilku fotografów przygotowuje sprzęt na zachód słońca. Trudno się dziwić ich obecności, gdy widoki są takie jak ten poniżej:



Horse shoe bend - rzeka Kolorado.

Nasza droga biegnie teraz wzdłuż południowej granicy Monument Valley. Tam już byliśmy w 2005 roku. Teraz mijamy wiele fantastycznych formacji skalnych, widocznych na tle zachodzącego słońca i kryształowo czystego nieba. Jesteśmy ciągle u Indian Navajo. Tyle o nich piszę, że postanowiłam przygotować po powrocie do domu nawet jakąś potrawę tych natywnych mieszkańców Ameryki Północnej. Pomocą posłużyła mi nieoceniona książka "Southwest - The Beautiful Cookbook". W oryginale w tej potrawie duszona jest baranina, bo Indianie do dziś wypasają mnóstwo owiec na terenie rezerwatu. Autorzy książki wspominają jednak, że można ją zupełnie spokojnie zastąpić innym mięsem. Ja do tego gulaszu użyłam wołowiny. Muszę przyznać, że z trudem mi przez usta i klawiaturę przechodzi węgierskie słowo gulasz w przypadku potrawy już nie tylko z innego kontynentu, ale i z innej półkuli. Ale z drugiej strony nie mam pojęcia czym zastąpić angielskie słowo "stew"... Może nazwać je "duszonka"? ;)


Gulasz Indian Navajo



2 łyżki oleju kukurydzianego
750g wołowiny pokrojonej w kostkę
1 szkl cebuli pokrojonej w kostkę
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
750ml bulionu wołowego

1 chili serrano*
1 i 1/2 szkl ziaren kukurydzy
4 duże pomidory, bez skóry i pokrojone w dużą kostkę
2 zielone papryki, opieczone, obrane ze skóry i pokrojone w kostkę
1 czerwona papryka, opieczona, obrana ze skóry i pokrojona w kostkę
1 łyżeczka zmielonego kminu rzymskiego
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
sól do smaku

Osmażamy mięso partiami na mocno rozgrzanym tłuszczu (patelnia nie może być przepełniona, bo wołowina zacznie się dusić zamiast smażyć). Zdejmujemy mięso z patelni i trzymamy w cieple. Na tej samej patelni przesmażamy na oleju cebulę i czosnek. Dodajemy mięso, zalewamy wołowym bulionem i dusimy do miękkości przez ok. 1 -1 i 1/2 godz. Dodajemy chili serrano, pomidory, papryki, kukurydzę i przyprawy. Dusimy jeszcze ok. 15-20 min.


*to jest ostre pod
łużne zielone chili, moje było z puszki, ale można je zastąpić łagodniejszym jalapeño i i niewielką ilością maleńkich i bardzo ostrych zielonych papryczek chili

niedziela, listopada 25, 2007

Złoto Florydy i cytrusowy weekend

Plaża Miami.

Dzisiaj będzie zupełnie niechronologicznie. Przeskakując cały pobyt w Arizonie opowiem o końcówce naszych wakacji w USA. Robię to z dwóch powodów - po pierwsze mąż mi wyniósł z domu książkę, w której miałam przepis na indiańską potrawę potrzebny mi do przygotowanego na dzisiaj postu, po drugie - mamy teraz cytrusowy weekend organizowany i zapowiadany już od kilku dni przez Tatter z blogu "Palce lizać".


A skoro cytrusy to koniecznie i Floryda. Do stolicy tego stanu lecimy z Albuquerque przez Orlando. Po przemierzeniu 2/3 kontynentu należy nam się wypoczynek, więc późnym wieczorem docieramy do Miami Beach.


Nasz hotel położony jest nad samym morzem. Od plaży dzieli nas tylko ścieżka dla spacerowiczów i jak to na Stany przystało - dla biegaczy, których od rana do wieczora jest tu pełno. Panowie biegają z gołymi torsami przepasani jedynie czujnikami od pulsometrów, panie w kosmicznych topach, obie płcie zaopatrzone są w ipody i najnowsze sportowe buty z czujnikami Nike+ mierzącymi prędkość, dystans i ilość spalonych kalorii. No w sumie jest na co popatrzeć...

Oprócz młodych sportowców sporo starszych ludzi, nie na darmo Floryda ma famę mekki emerytów. Dziwi tylko jak oni wytrzymują te temperatury i wilgotność, przynajmniej w lecie. Do końca pobytu plażujemy, kąpiemy się w oceanie, gdzie woda jest cieplejsza niż w lodowatym hotelowym basenie. Wylegujemy się na leżakach, jak na prawdziwych turystów przystało. Czas jeszcze przez chwilę płynie wolno...


Zapytacie pewnie co niby jest tytułowym złotem Florydy ? Co do tego pewnie nie ma najmniejszych wątpliwości (jeśli pominiemy piękne plaże i słońce ) - największym skarbem tych okolic są oczywiście cytrusy. Pomarańcza jest nawet emblematem tablic rejestracyjnych "Sunshine State". Gdy jeździliśmy po Florydzie w 2005 roku, oprócz nie budzących mojego wielkiego entuzjazmu bagnistych i "aligatorzastych" Everglades, mijaliśmy rzeczywiście całe hektary gajów pomarańczowych.

Portugalskie cytrusy może nie są tak słynne jak ich kuzyni zza Atlantyku, ale równie tu powszechne. Jak w Polsce jabłonkę, tak w Portugalii każdy ma przydomowym ogródku "laranjeira", czyli drzewo pomarańczowe.

I właśnie cytrusy grają pierwsze skrzypce w moim dzisiejszym torcie. W sezonie zimowym, gdy te owoce są w szczycie formy i jest ich zatrzęsienie - warto je spożytkować na taki właśnie intensywnie cytrynowo-pomarańczowy torcik.
Ciasto w tym torcie jest ciekawe, bo z dodatkiem świeżo wyciśniętych soków cytrusowych i w rezultacie dużo wilgotniejsze od typowego biszkoptu.



Tort "złoto" Florydy

na tortownicę o średnicy 28 cm

Krem cytrusowy:
3 całe jajka
3 żółtka jajek
3/4 szkl cukru
1 łyżka drobno startej skórki cytrynowej
1/4 szkl świeżo wyciśniętego soku cytrynowego
1/4 szkl świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
125g miękkiego masła

Ciasto:
2 i ¼ szkl mąki
1 płaska łyżka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
5 jajek rozdzielonych na białka i żółtka
1 całe jajko
1 i 1/3 szkl cukru (ta 1/3 idzie do białek)
½ szkl oleju
1 łyżka drobno startej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka drobno startej skórki z cytryny
2/3 szkl świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 łyżka soku z cytryny

Do posmarowania wierzchu:
300ml śmietany kremówki ubitej z cukrem i cukrem waniliowym

Krem:
Ubijamy w dużym garnku jajka i żółtka z cukrem do białości. Dodajemy skórkę cytrynową i soki z cytrusów nadal ubijając. Stawiamy na małym ogniu i dodajemy masło ciągle ubijając (mikserem lub trzepaczką) - masło się może zważyć, ale nie należy się tym przejmować. Podgrzewamy ciągle ubijając, aż masa zacznie gęstnieć (nie może się jednak zagotować, uwaga dla posiadających termometr do konfitur lub syropów cukrowych - masa powinna osiągnąć temperaturę ok. 70ºC). Przelewamy ją z garnka do zimnej miski, kładziemy folię spożywczą bezpośrednio na kremie (żeby się nie utworzyła skórka) i jak tylko ostygnie wkładamy do lodówki.

Ciasto:
Nagrzewamy piekarnik do 160 ºC. Ubijamy do białości 5 żółtek z 1 jajkiem i 1 szkl cukru. Powoli dodajemy olej i skórki cytrusowe. Teraz na zmianę stopniowo wlewamy soki cytrusowe i wsypujemy mąkę wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia. Ubijamy białka z 1/3 szkl cukru i szczyptą soli, ubite na sztywno mieszamy szpatułką z resztą ciasta. Wlewamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą tortownicy o średnicy 28 cm ( w żadnym razie nie mniejszej - ciasto rośnie wysokie) i pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 50-60 min.

Po upieczeniu i ostygnięciu kroimy ciasto na 3 placki, przekładamy je zimnym cytrusowym kremem, a wierzch i boki smarujemy bitą śmietaną.

czwartek, listopada 22, 2007

Chleb kukurydziany wśród kaktusów saguaro



Po Białych Piaskach mamy w planach piaski bardzo... kolczaste. Zawracamy na północ i po kilkudziesięciu minutach zbliżamy sie do Old Tucson Studios - miasteczka kowbojskiego, gdzie przez wiele lat kręcono westerny. Krajobraz jest rzeczywiście do tych filmów jak wymarzony.



Old Tucson położone jest na skraju Saguaro National Park: to pół-pustynia zarośnięta olbrzymimi kaktusami: najwyższe z nich mają ok. 30 m. wysokości. Stojący przy nich Łukasz wydaje sie być taki mały !
Droga przez park jest piaszczsta i nierówna. Parkujemy samochód na jednym z niewielkich parkingów i idziemy wyznaczonym krótkim szlakiem widokowym robiąc mnóstwo zdjęć.



Oprócz dorodnych okazów kaktuów saguaro napotykamy także na ich wysuszone na preriach szkielety.


Kaktusy sa naprawdę wielkie, ich pierwsze, często powyginane w różne strony, "ramiona" wyrastają po ok. 150 latach. Otaczające nas góry maja czerwono-brunatny odcień.


Zjeżdżamy w dół do doliny łączącej Tucson z Phoenix, wjeżdżamy na Interstate 10 i przemieszczamy się na północ. Przejeżdżamy przez Phoenix, stolicę stanu Arizona. To wielkie miasto z downtown i wieloma drapaczami chmur. Ok. 150 km na północ od metropolii, zjeżdżamy na szosę nr 10 i kierujemy się na miasteczko Sedona.

Dolina i okolice miasta Sedona. Przepiękne i "magiczne" miejsce na naszej trasie. Położone pomiędzy Pheonix i Flagstaff w Arizonie.

To wspólczesna mekka ruchu New Age i jedno z miast, gdzie według statystyk chciałaby mieszkać wiekszość Amerykanów. Sedona ma bardzo uprzywilejowane położenie: w pięknej, szerokiej dolinie, z duża ilością słodkiej wody,otoczone wspaniałymi Czerwonymi Górami, czyli czerwono-brunatnymi łańcuchami Red Rocks.

Sedona. Red Rock Crossing.

My dojeżdżamy do Red Rock Crossing , małego parku krajobrazowego na obrzeżach Sedony. Po okolo 500 metrach spaceru dochodzimy do przepięknego miejsca widokowego, gdzie czerwone wierzchołki gór odbijają się w strumieniu. Z Łukaszm skaczemy przez rzekę po kamienich. Odwiedzający budują tutaj małe kopczyki z płaskich kamieni na niewielkiej wyspie na środku rzeczki, to chyba te klimaty New Age. ;) Jest naprawdę idyllicznie. Cease the moment.... Podobno latem są tutaj tłumy - w listopadzie spotykamy wyłącznie pojedynczych ludzi. W przydrożnych sklepikach nadal królują hatch chiles.


Wracamy przez Sedonę na północ i przez widokowy Oak Creek Canyon docieramy do Flagstaff. Fragmentem starej Route 66 przecinamy miasto i podążamy na północ przez zupełnie opuszczone stepy Arizony. Po stronie lewej słońce zachodzi nad Wielkim Kanionem rzeki Colorado. Prosta jak strzała droga biegnie na północ przez kilkaset mil. Po drodze mijamy Indian Trading Posts, w wiekszości nieczynne o tej porze roku punkty sprzedaży indiańskiego rękodzieła (jaka szkoda - oni mają taką piekną ceramikę). Docieramy do północnej granicy stanu Arizona, prawie wjeżdżajac do stanu Utah. Jesteśmy w miasteczku Page. Okolica jest przeurocza, ilość "cudów natury" w pobliżu, może przyprawić turystę i fotografa o zawrót głowy. Dosłowienie patrząc w każdą stronę krajobraz jest przecudowny.



Kolację tym razem jemy w meksykańskiej restauracji w Page. Porcje są gigantyczne, a my nie jesteśmy w stanie zjeść wszyskiego. Na słabych nogach ( pierwszy raz probówane świetne piwo meksykańskie "Pacifico" i gigantyczna margarita ) wracamy do hotelu. Jutro mamy być w wymarzonym od kilku lat Antelope Canyon.

O kanionie będzie w następnym odcinku, a teraz zajmiemy się bardzo południowo-zachodnim chlebem. Jest to odmiana popularnego amerykańskiego corn bread, tyle że z mąki z niebieskiej kukurydzy, specjalności regionu. Ja opócz samej mąki kupiłam jeszcze całe ziarna kukurydzy, również w atramentowym kolorze.

Chleb oczywiście można zrobić i ze zwykłej grubo mielonej mąki kukurydzianej, smakiem żółta i niebieska w sumie niewiele się różnią. Pieczemy go w płaskiej kwadratowej blaszce i kroimy jak ciasto. Samo pieczywo jest doskonałym dodatkiem do wszelkich dań z regionu, nam zwłaszcza smakuje z przeróżnymi chili i indiańskimi odmianami gulaszu (czy język polski ma inną nazwę na potrawy z duszonego mięsa?). Przepis pochodzi, z uwielbianej przeze mnie książki "Southwest - The Beautiful Cookbook", tyle, że ja przypadkiem zapomniałam o dodatku cukru (i zresztą uważam że słusznie, w wytrawnym chlebie wystarczy sama delikatna słodycz kukurydzy), a celowo nieco zmieniłam proporcje obu używanych mąk.


Chleb z niebieskiej kukurydzy z papryką
kwadratowa foremka o boku 2ocm

3 łyżki oleju kukurydzianego
3 łyżki masła
1 czerwona papryka, drobno pokrojona w kostkę
1 chili jalapeño, drobno posiekane
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 szkl mąki pszennej
3/4 szkl mąki z niebieskiej kukurydzy
2 łyzeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
2 jajka
3/4 szkl maślanki (lub jogurtu rozmieszanego z mlekiem)

Nagrzewamy piekarnik do 190ºC. Na małej patelni podgrzewamy olej i masło. Gdy masło się roztopi dodajemy czerwoną paprykę i na średnim ogniu smażymy aż będzie miękka ok. 5 min. Dodajemy jalapeño i czosnek, smażymy jeszcze minutkę. Odstawiamy do przestudzenia.

Mieszamy w misce obie mąki, proszek do pieczenia, sodę i sól.

Ubijamy jajka z maślanką, dolewamy do nich przestudzona mieszankę maślano-paprykową, dobrze mieszamy. wsypujemy mąki i mieszamy tylko do połączenia składników (ja to wszystko robię w mikserze na minimalnych obrotach, ale można mieszać zwyczajnie łyżką).

Wykładamy ciasto do przygotowanej foremki i pieczemy ok. 40min, aż wbity w środek ciasta patyczek będzie suchy. Pozostawiamy do ostygnięcia na siatce i kroimy w kwadraty.

poniedziałek, listopada 19, 2007

Białe chili w Białych Piaskach

Park Narodowy White Sands

Dzisiaj parę słów o drugim tygodniu naszych wakacji, który dla odmiany spędziliśmy na stałym lądzie. O huraganie Noel, który pomieszał nam trochę szyki już wspominałam. W ostatnią noc rejsu tuż przed Miami zdołał nas jeszcze trochę pobujać, machając swoim ogonem. Tak że na lotnisko w Fort Lauderdale udajemy się mocno kołyszącym, marynarskim krokiem. Samolot linii Southwestern, zabiera nas przez Tampę do serca stanu New Mexico - Albuquerque. Dolatujemy już po zapadnięciu zmroku, lecz od razu zauważamy różnicę klimatu - jest nadal gorąco, ale już sucho, kontynentalnie.
Wynajmujemy minivana i jedziemy drogą "interstate" na południe do hotelu w małym miasteczku Socorro. Wieczorna wizyta we - wstyd sie przyznać, ale - fast foodzie zadowala bardzo Łukasza. W ciągu dnia i wieczorem jest ciepło (ok. 25ºC), ale w nocy na pustyni robi się chłodno, temperatura spada do 12ºC. Ranek w niedzielę jest zimny, przynajmniej dla wygrzanych na Karaibach zmarźluchów. Po śniadaniu w hotelu jedziemy jeszcze kawałek na południe, a potem skęcamy na wschód.
Pzekraczamy Rio Grande. Łukasz przy miejscu eksplozji pierwszej bomby atomowej.
Najpierw przecinamy rzekę Rio Grande, otoczoną drzewami w jesiennych kolorach. Potem mijamy wyschnięte połacie stepowych traw i jedziemy przez dziesiątki mil zupełnie pustą drogą. Stajemy na chwilę przy Trinity Site, czyli miejcu eksplozji pierwszej bomby atomowej w 1945 roku - wokół nie ma żywego ducha. Przecinamy po drodze Valley of Fires, czyli dolinę wypelnioną wyłącznie czarnymi bazaltowymi skałami - pozostałość po kiedyś płynącej tutaj rzece lawy wulkanicznej.
Skręcamy na południe i przez Almonogordo docieramy wreszcie wczesnym popołudniem do White Sands, czyli białej jak śnieg, gipsowej pustyni. Jesteśmy ok. 100 km od granicy z Meksykiem. Pustynia jest tylko częściowo udostępniona do zwiedzania ( ale obszar ten jest większy niż całe Las Vegas z przedmieściami ). Większą część White Sands zajmują tereny wojskowe, gdzie testowane są rakiety i gdzie czasami lądują promy kosmiczne, gdy pogoda na Cape Canaveral na Florydzie nie dopisuje. Gorąco, ale klimatyzacja w samochodzie pozwala przeżyć. Nie potrafię sobie wyobrazić jak musi tutaj być w środku lata. To naprawdę szczęście podróżować w listopadzie: jest nieco chłodniej i bardzo mało turystów.
Wydmy i "white dune surfing".

Na wydmach spotykamy nieliczne samochody. Zabieramy kupioną po drodze plastikową "patelnię" i szukamy najwyższej wydmy aby pozjeżdżać. "White dune surfing", bo tak się to tutaj nazywa, jest naprawdę super. Gipsowy piasek, co pierwszy zauważył Lukasz, nie przykleja się zbytnio do skóry, w dodatku szczęśliwie dla nas nie ma wiatru. Lukasz zostaje przy samochodzie i kontynuuje zjazdy z wydm, my wyruszamy na mały spacer po okolicy szukając fotogenicznych miejsc.Po 2 godzinach wracamy na autostradę. Mijamy góry Sierra Dona Ana i przez Cruzes zbliżamy się powoli do miasta Tucson, już w Arizonie. Jazda zabiera nam prawie 4 godziny. Po zmroku zmęczeni docieramy do hotelu.
Park Narodowy White Sands i w oddali masyw Sierra Doña Ana.
Rankiem kierujemy się jeszcze bardziej na południe wzdłuż Interstate 19 prowadzącej do meksykańskiego El Paso i "odkrywamy" San Xavier de Bac. To jedna z pierwszych misji katolickich na kontynencie amerykańskim, nazywana "gołębiem pustyni". Gdy zbliżamy się po piaskowym pustkowiu do białego jak śnieg kościoła, rozumiemy skąd ta nazwa. Jesteśmy ok. 30 km od granicy z Meksykiem. Mijają nas liczne patrole US Border.
O poranku jest chłodno i przyjemnie, a kościół zupełnie pusty. Robimy zdjęcia, wchodzimy na patio i do małego muzeum, zostawiamy drobne "gratuity". Spokojnie i cicho, jak przyjemnie jest odwiedzać takie miejsca poza sezonem. Wyobraźnia zaczyna pracować i przenosimy się do początków XVIII wieku, gdy jeziuci założyli misję.

W okolicy pojawiają się też pierwsze kaktusy z dziwnymi otworami w srodku pnia - to dziuple/gniazda pustynnych ptaków. Ale o kaktusach więcej w kolejnym odcinku mojej relacji.


Przy informacji turystycznej w White Sands był sklepik z rękodziełem i lokalnymi produktami. Triumfalnie wyniosłam z niego wielki worek suszonych bardzo charakterystycznych dla Nowego Meksyku hatch chile peppers, mielone zielone chili, trochę różnych przypraw i "kamyk" do zmiękczania ciasteczek.

W domu oczywiście musiałam wypróbować moje skarby, a że ja zawsze po powrocie z jakiegoś kraju mam fazę na tamtejszą kuchnię, moja rodzina może się spodziewać co najmniej 2 tygodni w stylu amerykańskiego Southwest.



Na pierwszy ogień poszło znane wszystkim chili, tyle , że w wersji białej. Zamiast popularniejszej czerwonej używamy do niego białej fasoli, mięso jest równiez białe - bo to piersi z kurczaka, do tego jeszcze sporo papryki i sera. Danie o niezwykłej prostocie wykonania, sycące i zaskakująco delikatne, mimo pikantnych nut w tle.




Chili blanco

2 szkl białej fasoli (moczonej w wodzie przez 8-12 godz.)
4 pojedyncze piersi z kurczaka
3 i 1/2 szkl wody

2 łyżki oliwy extra virgin
3 cebule
4 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
1/4 łyzeczki mielonych goździków
2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
1 i 1/2 łyżeczki suszonego meksykańskiego oregano
4 zielone papryki (opieczone, bez skórki i nasion, pokrojone w kostkę)
1 papryczka jalapeño, drobno pokrojona
2 szkl bulionu z kurczaka

2 szkl startego żółtego sera

Do przybrania:
pomidory pokrojone w kostkę, krążki papryki jalapeño, kolendra, szczypiorek, starty żółty ser

Piersi kurczaka zalewamy wpłaskim garnku wodą i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy na małym ogniu przez ok. 20 min. Zachowujemy wywar, a piersi po ostygnięciu rozdrabniamy na strzępki i przykrywamy folią spozywczą, żeby nie wyschły.

W dużym głębokim rondlu rozgrzewamy oliwę i szklimy na niej cebulę. Teraz dodajemy przeciśnięty przez praske czosnek, pieprz cayenne, goździki, kumin i oregano. Smażymy chwilę i dodajemy zielone papryki i jalapeño. Dodajemy odsączona fasolę, zalewamy bulionem i wywarem z gotowania kurczaka. Doprowadzamy do wrzenia i pod przykryciem na małym ogniu gotujemy przez 1 godz. Zdejmujemy pokrywkę i jeszcze dogotowujemy do miękkości fasoli ok. 45min.

Dodajemy kurczaka i ser, mieszamy i zdejmujemy z ognia. Podajemy z pomidorami pokrojonymi w kostkę, dodatkowym serem, przybrane krążkami jalpeño, kolendrą i szczypiorem.