wtorek, listopada 28, 2006

Bardzo rustykalna i bardzo polska szarlotka


Moja droga do tego klasycznego domowego przepisu z prawie kazdej polskiej kuchni, byla bardzo kreta. Zamowilam ksiazke kanadyjskich autorow w amerykanskim amazonie, kilka tygodni czekalam na przesylke, az wreszcie mialam w reku moja kopie "Home Baking" . I co sie okazalo - pierwszy przepis w ksiazce to prawdziwa polska szarlotka, tam nazwana "simplest apple pie".
W/g autorow jest ona typowym ciastem Zydow ze Wschodniej Europy. Co do etnicznego rodowodu pewnie mozna byloby sie spierac - czy to Polacy nauczyli sie piec szarlotke od Zydow, czy Zydzi od Polakow. A moze jedni i drudzy jeszcze od kogos innego ...? Fakt faktem, ze nie pierwszy juz raz widze w wydanych za oceanem ksiazkach i w sieci, ze to, co my uwazamy za rdzennie polskie danie, czesto wystepuje u nich pod szyldem "potrawa zydowska". Ale pewnie nie ma sie co dziwic - zylismy w koncu w jednej Rzeczpospolitej przez pareset lat, to i tradycje kulinarne troche sie zlaly w jeden konglomerat. A widac kulinarne lobby zydowskie jest w Stanach silniejsze niz polskie. ;-) Ja bede uparcie stac na stanowisku, ze to ciasto jest jak z kuchni mojej babci i mojej mamy (a pewnie i wielu waszych babc i mam :) ). Najlepiej byloby jeszcze miec do niej owoce z babcinego sadu. O to niestety , przynajmniej w moim przypadku, troche trudniej.
Co mi sie najbardziej podoba w tym przepisie to fakt, ze do w sumie malenkiej blaszki laduje sie az do 2 kg jablek. W dodatku jablka wystarczy tylko utrzec i dzieki temu, ze nie sa przed pieczeniem obrabiane termicznie – gotowe nadzienie jest swieze i soczyste. Szarlotka to szczyt prostoty- z pysznym kruchym ciastem, wzbogaconym kwasna smietana i zoltkami, z grubymi kawalkami zlotej kruszonki na wierzchu. Ja wzbogacilam moja wersje szarlotki jeszcze o obloczek cynamonu, bo chyba oprocz cytryny, nic tak swietnie sie z jablkami nie komponuje jak ta przyprawa. Nie musze wam mowic, jak w czasie pieczenia pachnialo w calym domu.

Rustykalna szarlotka

kwadratowa foremka o boku 20cm

2 szkl maki
1/2 szkl cukru, plus ewentualnie dodatkowo troche cukru do jablek
170g masla pokrojonego w mala kostke
2 duze zoltka
3 lyzki kwasnej smietany

1 lyzeczka startej skorki cytrynowej
do 2 lyzek zimnej wody jesli potrzeba
3 lyzki bulki tartej
1 i ½ do 2kg jablek
2 lyzki swiezo wycisnietego soku z cytryny
1/2 lyzeczki cynamonu

Wymieszac w misce make z cukrem. Dodac kawalki masla,skorke cytrynowa, szybko zagniesc z zoltkami i smietana. Jesli potrzeba dodac do 2 lyzek lodowatej wody.
Mozna to wszystko ekspresowo zrobic w malakserze. Owinac folia i wlozyc do lodowki.

Nagrzac piekarnik do 180ºC. Blaszke wysmarowac maslem i wysypac bulka tarta.
Jablka obrac i zetrzec na tarce z duzymi oczkami. Dodac do jablek cynamon, sok z cytryny i cukier, jesli sa bardzo kwasne.

Ciasto podzielic na pol, jedna czesc z powrotem schowac do lodowki. Pozostalym ciastem wylepic dno foremki. Ulozyc na nim nadzienie i na wierzchu grubo pokruszyc reszte ciasta z lodowki. Nadzienia wydaje sie bardzo duzo, ale ilosc po upieczeniu nieco sie zmniejszy.

Piec przez 1 godz lub az wierzch ciasta sie zezloci. Mozna podawac jeszcze cieple lub w temperaturze pokojowej.

4 komentarze:

  1. Agusiu, widzę, ze szalejesz z Home Baking. Tak mnie zachecilas, ze sama ja wyciagnelam z polki i przypomnialam sobie, ze jak tylko mi ja przyslali, tez robilam wszystko po kolei. Moj egzemplarz ma oderwany grzbiet i nie wyglada jak nowy, biedaczek ;) Nie wiem, czy juz wyprobowalas przepis ze strony 56? Ja ocenilam go na 7 punktow w mojej osobistej kulinarnej skali 0-10, ale mysle, ze Tobie moglby bardziej smakowac, zwlaszcza, ze przypomina batonik Bounty :)

    A co do polskosci szarlotki. Czytam teraz wspaniala ksiazke o kawiarniach przedwojennej Warszawy. Okazuje sie, ze mielismy tak znakomitych cukiernikow, ze zapraszano ich do wielu renomowanych miejsc, np w Wiedniu czy Berlinie, gdzie szkolili tamtejszych mistrzow slodkiej chochelki ;)
    Zawsze myslalam, ze mak i torty orzechowe sa typowo polskie, bo zwykle w amerykanskich ksiazkach sa za takie uwazane. No a zwlaszcza 'nasz' makowiec. To cudownie miec taka tradycje, prawda?
    Zreszta, jak czyta sie Claudie Roden, to czlowiek ma wrazenie, ze nawet kuchnia indyjska czy chinska jest zydowska ;) A w kazdym razie Claudia ma takie przekonanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Claudia w koncu Zydowka, a my Polki. Kazdy ma swoj punkt widzenia.
    Co to za ksiazka o przedwojennych kawiarniach Lisko? Jak zwykle mnie zaciekawilas...
    A cukiernicze tradycje tez uwazam, ze mamy wysokich lotow. Ja zreszta musze sie z niejakim zawstydzeniem przyznac, ze jak ostatnio bylam w Polsce to wchodzilam do kazdej dobrze mi sie kojarzacej we wspomnieniach cukierni i... no coz, musialam sprobowac i paczkow i eklerkow i wuzetki i kremowki i szarlotki i rurek z bita smietana.... Brzmi prawie jak u Pchly Szachrajki ;)Kupowalam na wynos, wiec szczesliwie sprzedawcy nie wiedzieli, ze ja te gory ciastek bede sama jadla.

    A str. 56 "Home Baking"...no coz juz sam tytul wystarczy "jamaican coconut pie".... Jak to brzmi! Oczywiscie koniecznie musze zrobic :)Jak ty dobrze znasz moj kulinarny gust.

    OdpowiedzUsuń
  3. Agusiu, ta książka to: "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich" Wojciecha Herbaczynskiego. Dlugo kolo niej chodzilam zanim kupilam, ale nie zaluje :) Stare fotografie, zyciorysy dawno niezyjacych cukiernikow:
    http://www.kkkk.pl/asp/fiszka.asp?ksiazka_id=22621
    Wydana trochę w takim staromodnym stylu, co mnie na początku nieco zniechęciło, ale bardzo ciekawa. Autor nie żyje od wielu lat, a szkoda, bo chętnie bym z nim pogaworzyła, a przede wszystkim posłuchała tego, co miał do powiedzenia.

    Dzisiejsze warszawskie cukiernie to niestety nie to, co było dawniej, a w każym razie nie to, co noszę w sercu.
    Chociaż jedno miejsce pozostaje niezmienne - malutki punkt z rurkami z bitą śmietaną przy Rondzie Wiatraczna. Od, bodaj, 50-ciu lat robią tam rurki i śmietanę kręcą według jakiejś tajemnej recepty. Jest wyborna. Jak wpadniesz kiedyś do Warszawy, to chętnie Ci pokażę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lisko, dziekuje za dane o ksiazce - z tego co piszesz wynika, ze pewnoscia jest warta zakupu i na pewno uroczo sie ja czyta.
    A jesli zdarzy mi sie byc w Warszawie to nie omieszkam Cie szczegolowo wypytac o ta "budke z rurkami". Ja swoje wakacje w Polsce to moge nazywac "wakacje z rurkami", bo chyba nie ma dnia, zebym chciaz jednej nie zjadla.
    Co do dawnych i dzisiejszych warszawskich cukierni, to dla mnie chyba najwiekszym rozczarowaniem byly okrzyczane paczki od Bliklego. :( Bardzo sie na nich zawiodlam, moze dlatego ze wyobrazalam sobie, ze to bedzie jakis niedoscigniony w swojej doskonalosci wypiek. A byly to takie sobie paczki, zbyt aromatyzowane(smiem twierdzic, ze sztucznie)i z intensywnym smakiem tluszczu, w ktorym sie smazyly. To juz bylo ladnych 10 lat temu, mam nadzieje, ze moze dzisiaj jest lepiej.....

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.