piątek, listopada 10, 2017

Tajwański makaron z wołowiną czyli niu rou mian


Eastern Coast of Taiwan island
Wschodnie wybrzeża Tajwanu i Pacyfik.

Mówią, że Tajwan to Chiny w pigułce. W dodatku stare Chiny, sprzed komunizmu. Wielkie metropolie na czele z Tajpej, w których tradycyjne świątynie wciśnięte są pomiędzy stragany i nowoczesne budynki. Zachwyca podzwrotnikowa przyroda (przez środek Tajwanu przechodzi zwrotnik Raka), góry i wąwozy w centrum wyspy, piękne plaże na południu i strome wybrzeża od strony Pacyfiku. Nie dziwota, że Portugalczycy, którzy jako pierwsi Europejczycy zawitali na tę wyspę nazwali ją Formosa (co w archaicznym nieco portugalskim oznacza: piękna, zgrabna). 

Narodowym daniem Tajwanu jest niu rou mian (牛肉麵), znane w angielskojęzycznym świecie jako beef noodles. Treściwe danie z pysznego, najczęściej świeżego i ręcznie robionego makaronu, z plastrami mięciusieńkiej wołowiny, a wszystko to pływa w esencjonalnym wołowym rosole doprawionym chińskimi przyprawami. Te wywary bywają różne i na podstawie tych różnic dzieli się niu rou mian na 3 rodzaje: gotowane na czystym rosole, rosole z dodatkiem pomidorów i tzw. hongshao (red braised noodles), na które przepis podaję poniżej. Termin hongshao odnosi się do metody gotowania z dodatkiem sosu sojowego, fermentowanej pasty sojowej lub karmelu, które to składniki nadają potrawie apetycznego czerwono-brązowego odcienia. 

Tajwańczycy tak kochają swoje niu rou mian, że mają nawet co roku święto zwane International Beef Noodle Festival. Najlepsze jemy w restauracji Yong-Kang Beef Noodle w Tajpej. Tak dobrego chińskiego świeżo robionego makaronu nigdy wcześniej nie jadłam. 

Taiwan_noodles

Moje domowe niu rou mian robię z gotowym makaronem z autentycznej makaronowej manufaktury na Tajwanie. Trafiamy tam cudem - mieści się na przedmieściach, w budynku przypominającym raczej domek jednorodzinny niż zakład produkcyjny. Pukamy do drzwi, otwieramy je i ... wywołujemy szok. Dwie białe twarze zaskakują grupę kobiet wałkujących i krojących makaron. Prowadzą nas natychmiast do szefa, który za pomocą mówiącej dwa słowa po angielsku sekretarki obdarowuje nas wielkimi pakami makaronu i jeszcze zaprasza na herbatę. Największe wrażenie robią na nas bambusowe tace, na których na zewnątrz suszone są gniazdka makaronu.

Taiwan
Pasta toban djan. Restauracja Yong-Kang w Tajpej i jedzone tam niu rou mian w czystym rosole. Pagoda na Tajwanie. Produkcja i suszenie makaronu na bambusowych tacach.

Zapraszam na esencjonalne i rozpływające się w ustach niu rou mian z prosto z Tajwanu idealne na wreszcie nieco chłodniejszą pogodę. Jeszcze w zeszłym tygodniu mieliśmy tu w Porto pełnię lata, z temperaturami do 27ºC. Teraz wreszcie się ochłodziło, choć nadal słońce i ani kropli deszczu. Ponoć mamy w Portugalii największą suszę od lat, na czym cierpią zwłaszcza zbiory migdałów i kasztanów.

Szerszy materiał o kuchni tajwańskiej mojego autorstwa ukazał się w "Moim Gotowaniu" w styczniu 2016r. 

Taiwan_noodles1

Tajwański makaron z wołowiną 
(Beef noodles / 牛肉麵 / Niu Rou Mian)

700 g wołowiny w jednym kawałku (najlepiej giczy lub antrykotu)
2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych do smażenia
5 ząbków czosnku, pokrojonego w plasterki
2 duże dymki, posiekane
4 plasterki obranego ze skórki imbiru
1 mała papryczka chili, bez nasion i pokrojona w kostkę
4 gałązki flowering garlic, pokrojonego w 2 cm odcinki
1/2 laski cynamonu
1 gwiazdka anyżu gwiazdkowatego
2 łyżki toban djan (tzw. chili bean sauce)
150 ml wina ryżowego
80 ml jasnego sosu sojowego
1 łyżeczka ciemnego sosu sojowego
1,5 l rosołu wołowego lub drobiowego

250 g marchewki, pokrojonej w półplasterki
300 g bok choy
100 g kiszonej/fermentowanej chińskiej kapusty lub innych zielonych warzyw
świeża dymka do posypania wierzchu

450 g pszennego bezjajecznego chińskiego makaronu 


Wołowinę blanszujemy przez 2 min we wrzątku. Wyjmujemy, przepłukujemy zimną wodą i kroimy w 
2 cm plastry. 

W woku lub dużej patelni rozgrzewamy olej i smażymy na nim cebulę, czosnek, dymkę, imbir, flowering garlic, papryczkę chili, anyż i cynamon przez ok. 2 min. Dodajemy toban djan i smażymy przez kilkanaście sekund. Wkładamy plastry wołowiny i smażymy po 2 min z każdej strony. Wlewamy wino ryżowe i sosy sojowe i gotujemy przez minutę. 

Przekładamy zawartość patelni wszystko do dużego garnka (dobry będzie żeliwny). Dodajemy bulion, doprowadzamy do wrzenia i na maleńkim ogniu (ma zaledwie delikatnie perkotać) gotujemy zupę do miękkości mięsa, ok. 2 - 2 i 1/2 godz. 15 min przed końcem gotowania dodajemy marchewki, a 2-3 min przed końcem bok choy i kiszone warzywa. 

Osobno gotujemy makaron w osolonej wodzie. Rozkładamy go do misek i zalewamy zupą. Podajemy gorącą, posypaną dymką.

piątek, października 13, 2017

Miękkie ciasteczka z czekoladowymi robaczkami


My cookies

Nie wiem jak one się prawidłowo nazywają po polsku.... :( To takie czekoladowe robaczki, w kształcie przecinków.

W Portugalii i w Brazylii używa się ich głównie do trufelków nazywanych brigadeiros, jest też ciasto bolo brigadeiro, bardzo czekoladowe. Amerykanie mówią na nie sprinkles. 
Mój syn Łukasz był w czasach szkolnych na wymianie w Holandii. Potem gościliśmy u nas Holendra (dla urozmaicenia był tureckiego pochodzenia), który przywiózł nam kosz holenderskich wiktuałów. Wśród nich była paczka robaczków o smaku mlecznej czekolady, które mieszkańcy Niderlandów - jak się ze zdumieniem dowiedzieliśmy - jedzą na kanapkach na śniadanie. Chleb smaruje się masłem i obficie posypuje robaczkami. Co kraj to obyczaj. Ja robaczki używam raczej do deserów, czasem dość symbolicznie jako dekorację. Że jakimś dziwnym sposobem zgromadziłam ich pewien zapas postanowiłam wykorzystać bardziej hurtowo i upiekłam z nimi ciasteczka.

2
Add caption


Przepis jest prosty, efekt bardzo zadowalający - jeśli ktoś lubi ciastka miękkie w stylu amerykańskich cookies, a nie chrupiące.

Dwie ważne uwagi:
1. koniecznie trzeba ciastka na blaszce dobrze schłodzić, inaczej rozpłyną się. Najlepiej zostawić je na 12 godz w lodówce. Absolutne minimum to 3 godz. Od czasu chłodzenia będzie zależał czas pieczenia, o czym za chwilę.

2. Pieczemy króciutko, broń Boże nie przepiekając. Chłodzone 12 godz (i ten czas polecam) należy piec ok. 11 min. Ciastka mają poszerzyć średnicę i ropłaszczyć na blaszce - to znak, że się upiekły. Gdy je wyjmiemy będą totalnie miękkie i będą wydawały się nie upieczone. Tak ma być. Stwardnieją  na blaszce poza piekarnikiem w czasie studzenia. Chłodzone 3 godz mogą wymagać jeszcze krótszego czasu - 8 do10 min.

Ciasteczka smakowo są świetnie, konsystencja jest mięciutka i wilgotna. Polecam wszystkim ciasteczkowo-robaczkowym łasuchom.

Cookies

Ciasteczka z czekoladowymi robaczkami


15 sztuk o średnicy ok. 8 cm po upieczeniu
 
125 g masła
125 g cukru
1 duże jajko

2 łyżeczki pasty z wanilii
250g mąki
2 łyżeczki skrobi kukurydzianej
3/4 łyżeczki sody
szczypta soli
135 g czekoladowych robaczków

Ubijamy masło z cukrem przez 5 min. Dodajemy pastę waniliową, jajko i 2 łyżki mąki i ponownie ubijamy. Resztę mąki mieszamy ze skrobią kukurydzianą, sodą i solą. Dosypujemy mieszankę mączną do masy i miksujemy tylko do połączenia składników. Wsypujemy robaczki i króciutko miksujemy, aż się połączą z masą. Dużą blaszkę wykładamy papierem do pieczenia i gałkownicą do lodów (średniej wielkości, ok. 4,5-5 cm) moczoną w zimnej wodzie nakładamy 15 górek ciasta. Lekko je spłaszczamy dłonią i wstawiamy do lodówki najlepiej na 12 godz (na noc), a minimum na 3 godz. Takie surowe ciastka można też zamrozić na blaszce, a potem wrzucić do plastikowego worka i przechowywać w zamrażarce.

Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Gdy osiągnie pożądaną temperaturę wyjmujemy blaszkę z lodówki i pieczemy przez 11 min (gdy ciasta były 12 godz w lodówce) lub 8-10 min (gdy przebywały tam krócej). Wyjmujemy z piekarnika ciasteczka wyglądające na nieupieczone i jeszcze zupełnie miękkie, ale za to spłaszczone i zostawiamy w blaszce postawionej na siatce do przestudzenia na 5-7 min. Zsuwamy papier z ciastkami z blaszki bezpośrednio na siatkę i zostawiamy do zupełnego wystudzenia.

piątek, sierpnia 18, 2017

Mousse de maracujá czyli marakujowy mus


99

Dostaliśmy od Joany - dziewczyny mojego syna - świetne marakuje. W przypadku tych owoców świetne oznacza: pomarszczone i wyglądające jak podwiędnięte. ;) Tylko takie są wystarczająco dojrzałe i pachnące. W żadnym razie nie można się skusić na gładziutkie i błyszczące - te będą niedojrzałe i zbyt kwaśne. Nasze są fioletowawej odmiany i w dodatku prosto z krzaka, a właściwie z pnącza, bo pod taką postacią marakuja rośnie. W Portugalii radzi sobie świetnie, a już w ogóle swoją niszę ekologiczną znalazła na wyspie Maderze, gdzie są jej wielkie plantacje i wiele odmian. 

2
Fajãs - to osuwiska przy stromych wybrzeżach wyspy, z wyjątkowo cieplutkim mikroklimatem, często wykorzystywane na plantacje tropikalnych owoców. Tu Fajã dos Prades widziana z górnej stacji kolejki linowej, z urwistego wybrzeża. 

Czasami mieszkańcy Madery, żeby przyciągnąć turystów, pod różnymi odmianami marakui rozumieją owoce, które z nią botanicznie nie mają nic wspólnego, jak np. tamarillo (tzw. pomidor drzewiasty). Podstawowe odmiany to złota (Passiflora flavicarpa) i purpurowa (Passiflora edulis).

Odradzam wszystkim kupowanie tych owoców na nastawionym wyłącznie na turystów rynku w centrum Funchal. Ceny są z kosmosu, a ja trafiłam nawet na nieuczciwego sprzedawcę (chyba pierwszy raz w życiu w Portugalii; choć kontynentalni Portugalczycy z przekąsem mówią, że Madery portugalską miarą nie należy mierzyć, więc może to moje doświadczenie nie plami narodowego honoru). Moja głupota, bo poprosiłam po jednej sztuce z każdej odmiany marakui, pan niby przy mnie je troskliwie wybierał. Zapłaciłam trochę szokującą sumę, a potem znalazłam torbę wypchaną tylko tą najtańszą i najpośledniejszą odmianą owocu. A znajomi mieszkający na Maderze mnie ostrzegali.... Jeśli mimo wszystko chcecie tam kupować miejcie się na baczności. W zasadzie to lepiej tylko tam się wybrać, żeby cyknąć trochę zdjęć, zwłaszcza w części ze świeżymi rybami. 

Mój przepis ma korzenie brazylijskie, bo stamtąd pochodzi owoc pasji. Mus jako deser przywędrował oczywiście do Brazylii dzięki Portugalczykom i w obu krajach jest bardzo popularny. W Portugalii chętniej robi się musy na bazie jajek - kremowe i puszyste. Brazylijczycy bardzo sobie ułatwiają sprawę, choć bez uszczerbku na smaku. Robią musy z galaretką lub żelatyną i często bez jajek. W dodatku wszystkie składniki wrzucają po prostu jak popadnie do blendera i krótko miksują. Łatwizna, prościzna i rekordowo krótki czas przygotowania. Klasyczne proporcje to: tyle soku z marakui co mleka skondensowanego i co śmietanki. Można je oczywiście nieco modyfikować, w/g własnego gustu.

bDSC_5795
Spacer wzdłuż typowych dla Madery levadas (ciągnących się kilometrami kanałów irygacyjnych /akweduktów) to ważny punkt programu w czasie zwiedzania wyspy. Widoki bywają ujmujące. 

Ja daję sporo soku ze świeżych owoców do mojego musu. Dla totalnego uproszczenia sprawy - ale tu już moim zdaniem z nieco gorszym efektem smakowym - Brazylijczycy używają często  skoncentrowanego soku z owoców pasji z kartonu. W moim przepisie łamię jeszcze dodatkowo słodycz deseru sokiem z limonki. 

Mus można podać w dużej formie od puddingów i po wyjęciu z niej polać syropem (wtedy nazywany bywa raczej pudim de maracujá). Ja się w to tym razem nie bawiłam i zrobiłam indywidualne porcje w pucharkach.

Jeśli ktoś miałby ochotę na jogurtowy tort z marakują lub pannę cottę o takim smaku to zapraszam do archiwum bloga. 

98

Mousse de maracujá albo pudim de maracujá

porcji

Mus:
1 galaretka o smaku marakui
250 ml wrzącej wody
10 małych fioletowych owoców marakui
2 limonki
1 op. (397g) mleka skondensowanego słodzonego
400 ml śmietany kremówki

Syrop:
75 ml wody
100 g cukru
miąższ z 4 owoców marakui

Mus:
Galaretkę rozpuszczamy w 250 ml wrzątku i zostawiamy do przestygnięcia. Owoce (10 sztuk) przekrawamy na pół i wybieramy z nich miąższ. Przecieramy do przez sito, wyrzucamy pestki. Otrzymany sok dodajemy do przestudzonej galaretki. Wyciskamy sok z limonek i dodajemy do galaretki. Galaretkę z sokami, mleko skondensowane i śmietanę kremówkę wlewamy do blendera i krótko miksujemy. Wlewamy do pucharków i wstawiamy do lodówki do zastudzenia.

Syrop: 
Wybieramy miąższ z 4 owoców i razem z pestkami wrzucamy do rondelka, dodajemy wodę i cukier i gotujemy przez ok. 5-10 min aż zrobi się syrop. Wystudzonym syropem polewamy zastygnięte musy.


czwartek, lipca 27, 2017

Filipiński kurczak inasal

Inasal chicken

Proste i lekko egzotyczne w smaku danie z Filipin dzięki marynacie z dodatkiem oleju annatto. Ten ostatni łatwo przygotować, potrzebne będą tylko czerwone nasionka krzewu achiote, (noszące właśnie nazwę annatto) chętnie używane tak w kuchni filipińskiej, jak i latynoamerykańskiej. Olej można przechowywać w lodówce przez dłuższy czas bez uszczerbku dla smaku. 

Drugim regionalnym składnikiem marynaty jest sok z kalamansi. To maleńkie cytrusy zielone lub żółtawe z zewnątrz, z pomarańczowym miąższem, bardzo aromatyczne i niezwykle ważne w filipińskiej kuchni. Ja je hoduję z powodzeniem w Portugalii na balkonie. Można taki sok zastąpić sokiem z limonki i mandarynki. Smak nie będzie ten sam, ale generalnie chodzi nam o cytrusowy element w marynacie, więc można popuścić wodze fantazji. 

Philippines
Archipelag Visayas: kolorowe autobusiki nazywane jeepneys, główny środek publicznego transportu na Filipinach; filipińskie dzieci zawsze zachowują pogodę ducha; suszone ryby i owoce morza to ważny dodatek do tutejszych dań; rajskie plaże z białym piaskiem i szmaragdową wodą spotkamy na każdym kroku. 

Słowo inasal oznacza potrawę z grilla, pieczoną na wolnym ogniu. Ten typ przygotowania dań z charakterystyczną marynatą pochodzi z miasta Bacolod, leżącego na wyspie Negros w archipelagu Visayas. Wnoszą one miłą i odświeżającą odmianę od dominującego np. w adobo sosu sojowego. 

Filipiny mają ponad 7000 wysp, więc jest w czym wybierać. My odwiedziliśmy właśnie wspomniany archipelag Visayas. Pełno tu rajskich i pustych plaż, przy których cumują kolorowe łódki na stabilizujących płozach (Filipińczycy, pewnie z uwag na geografię swojego kraju, to znakomici marynarze, o czym wiedzą chętnie ich zatrudniający międzynarodowi armatorzy). Interior wysp zwykle porośnięty jest gajami palmowymi i bananowymi oraz plantacjami trzciny cukrowej. Dysonans w tym tropikalnym raju wprowadza widok warunków życia większości populacji. Bieda dotykająca niższe warstwy społeczne (dzieci proszą o 1 peso, co równa się 2 amerykańskim centom), korupcja i problemy w polityce oraz tajfuny szalejące okresowo na wyspach nie ułatwiają życia Filipińczyków. 

Zainteresowanych filipińską kuchnią zapraszam do lektury mojego artykułu w nowym numerze "Mojego Gotowania". 

Annato oil

Filipiński kurczak inasal

1.5 - 1.75 kg kurczaka pokrojonego na kawałki (1 kurczaka dzielimy na 8-10 kawałków)

Olej annato:
1 szkl oleju roślinnego (ja używam z orzeszków ziemnych)
1/4 szkl nasion annatto
5 ząbków czosnku
3 liście laurowe
1 świeża lub suszona czerwona papryczka chili

Marynata:
1/4 szkl oleju annato
1 kłącze trawy cytrynowej, drobno posiekane
4 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
2 łyżeczki utartego świeżego imbiru
1 łyżka cukru jasnobrązowego
2 łyżeczki morskiej soli
4 łyżki soku z cytrusów kalamansi
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
2 łyżki octu kokosowego lub ryżowego

Olej annato:
Wszystkie składniki podgrzewamy, aż zaczną się pojawiać na powierzchni oleju pierwsze bąbelki. Odstawiamy z ognia i zostawiamy na 2 godz lub całą noc. Przesączamy przez gęste sito i przechowujemy w butelce w lodówce.

Marynata:
Mieszamy ze sobą składniki marynaty i w szklanym naczyniu nacieramy nią kawałki kurczaka. Nakładamy na wierzch naczynia folię przezroczystą i wstawiamy na 12 godz do lodówki.

Nagrzewamy piekarnik do 210ºC lub przygotowujemy grilla. Na grillu lub dużej blaszce wyłożonej folią aluminiową rozkładamy kawałki kurczaka odsączone z marynaty (marynatę zachowujemy). Pieczemy aż kurczak będzie miękki i rumiany z wierzchu przez ok. 40-45 min smarując co jakiś czas marynatą. 

sobota, czerwca 03, 2017

Phanaeng curry z krewetkami i tajskimi bakłażanami


Thailand
 Krasowa wyspa Jamesa Bonda (wyglądająca jak maczuga Herkulesa) na zatoce Ao Phang Nga. Tu przeciwnik 007 (nieodżałowanego Rogera Moore'a) ukrywał śmiercionośną broń. Tajski ślub przed buddyjską świątynią. Mała Tajka robi zakupy na rynku.

Dziś zajmiemy się kuchnią tajską, gdyż już dwa tygodnie temu ukazał się mój artykuł na temat południowej Tajlandii w czerwcowym numerze "Mojego Gotowania". Rajskie plaże, misternie zdobione, kapiące złotem buddyjskie świątynie i fenomenalne jedzenie. Tak można ten region podsumować jednym zdaniem. Zachwyciły nas szczególnie rynki - z górami świeżych owoców i warzyw, stertami świeżych ziół, kopcami past do curry i zwłaszcza na południu otoczonym Morzem Andamańskim - z cudownymi błękitnymi krabami, krewetkami i rybami.

Tajowie dania curry nazywają kaeng i różnią się one znacznie od tych z Indii. Pasty przyprawowe do nich są dużo lżejsze i nie tak korzennie przytłaczające jak te z subkontynentu. Fakt, że kuchnia tajska w swoich daniach dąży do balansu 4 smaków (słodkiego, słonego, ostrego i kwaśnego) jest powszechnie znany. Obcokrajowcy zapominają jednak często o piątym elemencie (jakoś filmowe skojarzenia mi się nasuwają) - aromacie. Ten ostatni zapewniają głównie takie dodatki jak trawa cytrynowa, liście limonki kaffir czy korzeń galangalu.

Phanaeng curry ( lub panang/phanang curry) to rodzaj czerwonego tajskiego curry. Koloru i lekkiej pikanterii nadają mu czerwone suszone papryczki chili (idealnie gdyby były tajskie). Tu używamy dość dużych ok. 10-15 cm papryczek (które nie są aż tak palące jak najczęściej kojarzone z Tajlandią mikroskopijne i diabelnie pikantne bird's eye chilies). 

Phanaeng curry można robić z różnymi dodatkami. Ja dziś wybrałam krewetki, ale równie często przygotowuje się je z wołowiną, kurczakiem, a nawet z tofu. Tak że warto zrobić pastę curry w podwójnej co najmniej ilości (bo jej przygotowanie to dość mozolne zajęcie, zwłaszcza, gdy jak nakazuje tajska tradycja ucieramy ją w moździerzu) i zużyć ją później do innych wariacji tego dania.

Thailand
Rynek w Phuket Town. Kolejny przysmak z krewetkami tym razem pod postacią zupy w restauracji Raya. Dziewczynki wracają ze szkoły motorówką, ich domy stoją na palach na wodzie na środku zatoki, tuż koło fantastycznych rybnych restauracji. Świątynia Khao Rang.

Użyłam wielkich krewetek, ale można oczywiście przygotować to danie z mniejszymi. Moje groszkowe bakłażany (po tajsku: Makhua Phuang, naprawdę są niewiele większe od zielonego groszku) przywiozłam z Tajlandii (tak myślę, że chyba złamałam prawo Unii Europejskiej wwożąc świeże owoce z Azji, ale jak widać w dzisiejszych czasach łatwiej takie rzeczy przemycić niż 110 ml wody), spokojnie jednak można je zastąpić pokrojonymi w kostkę zwykłymi bakłażanami (choć smak będzie nieco inny). Dodatek mleka kokosowego (bardzo popularny na południu Tajlandii) również łagodzi ostry smak, co powoduje że phanaeng curry jest dużo mniej wymagające dla nieoswojonych z palącymi czasem żywym ogniem tajskimi daniami.

Pastę, jak już wspomniałam, robię zwykle z podwójnej ilości i połowę zachowuję na później (można ją nawet zamrozić, bez uszczerbku dla smaku). Podajemy danie z ryżem jaśminowym lub z cienkimi wstążkami makaronu ryżowego, takimi jak do phad thai (przygotowanie jest proste: zalewamy makaron wrzątkiem i zostawiamy na 8 min, po czym odsączamy). Smacznego!

DSC_0219

Phanaeng curry z krewetkami i bakłażanami
 
Pasta curry (podwójna porcja):
5 dużych suszonych papryczek chili, namoczonych we wrzątku przez 30 min, bez nasion i błonek, pokrojonych w kostkę
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżeczka, drobno posiekanej trawy cytrynowej
1 i 1/2 łyżeczki  skórki otartej z limy kaffir (lub limonki zwykłej)
6 gałązek kolendry z korzeniami, posiekanych
8 ząbków czosnku, obranych i posiekanych
4 szalotki, obrane i posiekane
1 łyżeczka korzenia galangalu, posiekana

1 łyżeczka pasty z krewetek
1 i 1/2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu, lekko utłuczonych

Curry:
2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych 
7 gigantycznych krewetek (nieobrane ważą ok. 900 g)
150 g tajskich groszkowych bakłażanów (Makhua Phuang)
4 liście limy kaffir, pokrojone w cienkie paseczki
1 łyżka sosu rybnego
1 i 1/2 łyżki cukru palmowego
1 puszka mleka kokosowego
1 papryczka chili pokrojona w plasterki
liście kolendry

Składniki pasty zmiksować w malakserze lub rozgnieść w moździerzu. Połowę zachować na później.


Krewetki obrać, pozostawiając ogony (Tajowie pozostawiają też głowy, ale ja je dla wygody jedzenia wyrzucam), usunąć jelito z części grzbietowej (najwygodniej rozcinając wzdłuż nożyczkami). 

W dużej patelni na oleju smażyć przez 2 min pastę curry, aż aromaty się zintensyfikują. Dodać mleko kokosowe i dobrze wymieszać. Doprawić do smaku cukrem palmowym i sosem rybnym. Dodać bakłażany i krewetki. Gotować przez ok. 2-3 min, aż miąższ krewetek stanie się matowy (czas gotowania zależy od wielkości krewetek). Zdjąć z ognia i posypać pokrojonymi liśćmi limy kaffir oraz plastrami papryczki i natką kolendry.